środa, 16 lipca 2014

Wakacyjny misz-masz nad kubkiem z KFC w McDonaldzie

Miasto budzi mnie do życia. Otwieram drzwi na balkon i wychodzę, niby tylko po to aby dowiedzieć się jaka jest temperatura i czy przypadkiem może świat nie został zniszczony w trakcie mojego snu. Zostaję tam jednak zwykle chwilę dłużej niż planowałem. O 10:55 przejeżdża pociąg, dzieci z pobliskiego przedszkola bawią się na placu zabaw świecąc niczym mali kosmici w swoich jaskrawych kamizelkach. Sięgam po kubek z kawą i niby już nie jestem w łóżku, ale wydłużam swój okres porannej pobudki o kolejne 20 minut - czas do wypicia kawy z mlekiem.

Zacząłem już ostatni etap przeprowadzki - będąc na weekend w domu spakowałem trzy kartony książek i rękopisów. Dziwne uczucie - człowiek zawsze jak się gdzieś rusza poza dom na dłuższy okres czasu pakuje ze sobą ubrania, szczoteczkę do zębów etc. Czasami nawet się zdarzy zapakować książkę bądź dwie. Ale spakowanie około stu woluminów (whoah! jak to brzmi, jakbym targał ze sobą wiekowe książki) beletrystyki nie zdarza się na co dzień - nie miałem większego problemu aby to zrobić (nie licząc tego, że musiałem zostawić kilka książek, ze względu na ograniczoną pojemność kartonów). Teraz mam inny problem i będę go rozwiązywał z nieskrywaną radością - muszę znaleźć miejsce na półkach miejsce dla trylogii M. Kozak, Dona Corleone i robotów opowiadających sobie bajki na dobranoc.

Lato w tym roku przyszło wyjątkowo gorące - nie tylko ze względu na temperaturę (która pozwala mi się wylegiwać na balkonie niczym jaszczurce na kamieniu) - mam tutaj bardziej na myśli zmiany zachodzące w moim bezpośrednim otoczeniu. Przyszły wakacje, więc nadszedł też czas na rozstania i wakacyjne miłostki. Związki, które wytrzymały ze sobą na prawdę długie okresy czasu i niejedne turbulencje, nagle się kończą. Myślę, że to jest najlepszy dowód na to, że wciąż jesteśmy tylko dzieciakami, które same nie wiedzą, czego naprawdę chcą. Dwudziestoparoletni gówniarze, myślący, że zaliczyli sesję, dziewczynę i mając trzy miesiące wolnego złapali boga za nogi - ot, czas pojechać nad jezioro najebać się ze znajomymi.

Znad laptopa oglądam co się dzieje w McDonaldzie (całkiem zabawne jest to, że śniadanie jadłem w KFC, więc siedzę sobie w konkurencyjnej korporacji z kubkiem dolewki). Młoda dziewczyna, stojąca za kasą uwija się jak w ukropie. Myślę, że mogłaby sobie zrobić zdjęcie z małym labradorkiem i wciąż być najsłodszą istotą na zdjęciu. Grupa gimnazjalistów (a może to wciąż podstawówka?) w grupie sześcioro dzieciaków siedzi przy stole, grają na komórkach i ściągają "apki" (przynajmniej tak się drą na całego "maka". Pamiętam, gdy w tym wieku wyjście do McDonalda było atrakcją samą w sobie. Zamówić ze znajomymi coś do żarcia i cieszyć się niezdrowym jedzeniem. Niczym siwy dziadek mogę powiedzieć: "Ehh... to były czasy" - nie minęła nawet dekada, a czuję się jakby minął cały wiek. Świat gwałtownie ruszył do przodu - przyspieszył i zdaje się nie ściągać nogi z gazu - a co gorsza nie ma zamiaru na mnie czekać zostawiając mnie daleko w tyle z zepsutym adapterem i stosem winyli.

Dawno nie miałem takiego wypadu - od rana latałem załatwiałem różne rzeczy - późne śniadanie w KFC, spacer w ciepłą pogodę - i niby jestem sam w tym McDonaldzie, ale jednocześnie świat dookoła mnie żyje, w radio gra jakiś denny cipkowaty rock, ludzie krążą w tą i w tamtą, wydawałoby się, że bez celu - a ja niczym w małej bańce mydlanej zaciągam się zapachem wakacji, które dają tak dużo niespełnionych możliwości.Oho.... pani kasjerka gdzieś zniknęła. Skoro tak, to McDonald stracił już cały swój urok - ja też będę uciekał.