Święta - okres w którym śnieg klimatycznie pruszy za oknem. Płatki osiadają na czapkach, tudzież pokrywają centymetrową warstwą nasze samochody. Kot leży sobie na parapecie okna ciesząc się z ciepła jakie daje kaloryfer. Po domu rozchodzi się zapach smażonej ryby, piekących się ciasteczek i gotującego barszczyku.
Rzeczywistość jednak weryfikuje na ile wyobrażenia Świąt Bożego Narodzenia są realne, a na ile jest to tylko iluzja. Śniegu - nie ma, auta - mają pozamarzane szyby, a kot - biega po podwórku, aby nie przeszkadzał przy gotowaniu.
Czasami po prostu lubię ponarzekać - dzisiaj zdecydowanie skupię się na "rodzinnej atmosferze" - TESCO w tym roku wymyśliło hasło, które na prawdę mi się spodobało. Brzmi ono następująco: "Małe chwile tworzą piękne Święta". Trzymając się piosenek Dżemu - uważam, że ciężko się nie zgodzić z takim hasłem - najczęściej ludzie, po wielu latach, pamiętają pojedyncze sytuacje.
Co roku można narzekać na to samo:
Gówniane utwory, którymi katują nas wszystkie galerie handlowe... "Last x-mas" i w kółko tylko te same utwory... co roku... Nie mówię, że Wham bądź Carey to złe utwory, ale naprawdę.... ile ku.wa można? Skoro już tak jesteśmy przy galeriach handlowych to na nie też można ponarzekać - promocje, które mają tylko wyciągnąć od nas więcej pieniędzy, tłum ludzi, który jakby nie miał nic do roboty tylko przyjść i ocierać się o mnie. Całe szczęście, że szalone zakupy zrobiłem zdecydowanie wcześniej, nauczony doświadczeniami z przeszłości.
A skoro już zakupy (ale dzisiaj płynnie przeskakuję z tematu na temat) - nie ma lepszego sposobu aby doprowadzić się do bankructwa, aniżeli po prostu każdemu kupić po jednym prezencie - nawet składki z innymi członkami rodziny, często nadwyrężają mój budżet. I weź tu człowieku bądź "biednym studentem", a przed nami jeszcze wydatki na Sylwestra.
W telewizji jak co roku pojawia się reklama na temat karpia. Cóż, w końcu co roku Polacy masowo mordują ryby, których celem egzystencji jest najeść się glonów, nabić na haczyk i dać się zjeść przez człowieka. Szkoda, że przez cały rok nie ma reklam w stylu "Nie zabijajmy świń", bądź "Ratujcie kury - jedzenie jajek to kurza aborcja"
Właściwie coś, co mnie przez cały rok trzyma w napięciu, to słynna "Bożonarodzeniowa atmosfera", co roku wygląda to dość podobnie:
- Zastanawianie się "czy będzie śnieg", z jednej strony szkoda, że nie ma - z drugiej, kto ma domek jednorodzinny to wie jak rozbudowany jest słownik przekleństw osoby odśnierzającej podjazd
- Szowiniści nie mają co narzekać, kobiety większość czasu z końca grudnia spędzają w kuchni, to matki wyganiają swoje córki, to trzaskają ręcznikami krzycząc "Nie podjadaj! To na święta"
- Faceci... nie wiem ja u Was, ale ja w tym roku całkiem nieźle wyszedłem na tym wszystkim zajmując się przede wszystkim zakupami: "Zabrakło tego i tego, leć do sklepu" - i spokojnym tempem, nie przejmując się niczym i unikając "strzałów z kuchni" idę do sklepu... i spokojnym tempem patrząc sobie w niebo, wracam do domu, przedtem dokładnie wycierając buty.
Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że Święta Bożego Narodzenia co roku wyglądają dość podobnie: zakupy prezentów, przygotowanie jedzenia, 24.12., jedzenie tego co zostało z Wigilii, goście, jedzenie tego co zostało z Wigilii, Sylwester.
I mimo całego mojego ponurego podejścia do końcówki grudnia, przez jedenaście miesięcy tak naprawdę czekam na rozłożoną choinkę i zawieszone bombki, na kota, który wyleguje się na parapecie okna i widok mamy z siostrą uwijających się jak w ukropie. Choć bardziej przeszkadzam w kuchni niż pomagam, staram się robić to co potrafię... czyli właściwie nic.
Na sam koniec doczepię się jeszcze życzeń.
Krótka scenka:
Kowalski podchodzi do Nowaka wyciąga rękę i mówi:
K: Z okazji Świąt Świąt Bożego Narodzenia i Sylwestra życzę Ci nawzajem
Nowak podnosi zaskoczony brwi i odpowiada uradowany:
N: Dziękuję, nawzajem!
koniec scenki, która właściwie opisuje jak będzie wyglądało składanie sobie życzeń za 5 lat(sic!). Czy naprawdę ludzie nie mają już nawet w sobie tyle energii i chęci y wysilić się i powiedzieć(nawet nieszczerze) jedno zdanie? Czy naprawdę wszystko można mieć aż tak w dupie, że nie można sobie życzyć czegoś po ludzku? Dla leniwych mam takie zdanie: "Wszystkiego co sobie wymarzysz" - i już człek jest zadowolony. Oczywiście, czasami się wysilam (jak tutaj na blogu) ale też przez cały rok nie myślę co zrobić aby w te Boże Narodzenie wymyślić coś niezwykle oryginalnego. Po prostu pokazuję ludziom, że mi się chce - że nie mam ich w gdzieś, bo jeżeli mam... to po prostu nie składam.
Życzę Wam wszystkim udanych Świąt Bożego Narodzenia, aby odbyły się w cieple rodzinnym. Cytując klasyka: "Życzę Wam zdrowia, zdrowia i jeszcze raz pieniędzy".
poniedziałek, 23 grudnia 2013
niedziela, 8 grudnia 2013
Czy istnieje życie po życiu? Jakie są wyznaczniki reputacji?
Niczym Mariusz Max Kolonko, odkryłem odpowiedź na pytanie, które zadawał sobie człowiek od początków istnienia - różnorodność tych zjawisk na całym świecie tylko potwierdza moją teorię, że to co się dzieje z duszą człowieka intryguje Nas i naszych przodków. Czy istnieje życie po życiu - aby dowieść mojej torii muszę postawić pewne założenie. S.Hawking - aby wciąż "żyć", po tym jak go pochowają, tworzy algorytm do programu, który będzie dokładną imitacją jego myśli. Algorytm pozwoli A.I - Howking'a, pozwoli wciąż mu się uczyć i poszerzać wiedzę.
Ale nam wcale nie jest potrzebne stworzenie takiego algorytmu. Wystarczy, aby Howking, założył konto na Twitterze i zaczął korzystać z aplikacji "Lives On" i zacznie twittować.
Tak proszę Państwa! Sam nie Twittuję, ale chyba zacznę, skoro mam taką aplikację do dyspozycji. Po aktywowaniu tej aplikacji, nasze konto zacznie samo twittować, tagować i komentować... wirus? Niee...Algorytm studiuje naszą historię i zaczyna naśladować Twoją internetową aktywność. Wersja 1,0 pozwala nanosić poprawki, przez co program będzie jeszcze doskonalszy i zbliży swoje e-Ja do Twojego Ja, poprzez co algorytm studiuje Wasz styl pisania.
Dodatkowo, obowiązkowo, przy wyrażaniu zgody zgadzamy się na to, że poprawki możemy nanosić będąc tylko i wyłącznie żywym... tutaj właśnie jest sedno całej mojej teorii, że życie po życiu istnieje. Wiecie co to oznacza? Że po Waszej śmierci...wciąż będziecie tweetować, komentować i tagować.
W ten sposób właśnie możemy wciąż być żywi... w internecie... ale zawsze żywi.
M.Zuckenberg ma problem dość podobnego pokroju. Otóż nurtuje go, w jaki sposób pozbyć się kont facebookowych, na której ścianie jest nadmiar " [*] ". Około 750 mln "obywateli" ma facebook - oczywiście, odejmijmy tutaj podwójne konta, fikcyjne... umarłe. Zastanawialiście co się stanie z Waszym facebookiem po śmierci? Tylko Wy macie hasło, na ścianie pojawi się wpis, gdzie po raz pierwszy w życiu będziesz miał/a ponad 150 wpisów... w większości oczywiście będą to wysublimowane komentarze [*]. I co dalej? Co roku ludziom się będzie pokazywać Jutro urodziny ma XXX. No jest oczywiście sposób aby tego uniknąć - wyjebać taką osobę ze znajomych - w końcu nie żyje, to nie jest znajomym. Ale wtedy ominie Cię grupowe "lajkowanie" obrazków wrzuconych zmarłej na "ścianę" w stylu: "to tyle czasu...", gdzie jesteś stary?", "nie ma z kim wypić i pogadać".
Jaki to jest straszny problem... a jeszcze 20/30 lat temu ludzie nie byli w stanie sobie czegoś takiego wyobrazić. Dla nich reputację zdobywało się w zupełnie inny sposób, poprzez odpowiednie zachowanie w towarzystwie, stanięcie w obronie, bądź podjęcie po prostu decyzji - mogą się popisać starymi zdjęciami trzymanymi w opasłym albumie. Dzisiaj są to statusy, polubienia, wpisy czy komentarze w stylu "mistrz ciętej riposty". Na naszej stypie pójdzie muzyczna składanka, zdjęcia z facebooka, a na dowiedzenia wypalą każdemu po takiej składance, że jak nie będzie co miał robić wieczorem to odpali sobie laptop i tą płytkę - cóż jakie czasy... takie albumy.
Ale nam wcale nie jest potrzebne stworzenie takiego algorytmu. Wystarczy, aby Howking, założył konto na Twitterze i zaczął korzystać z aplikacji "Lives On" i zacznie twittować.
Tak proszę Państwa! Sam nie Twittuję, ale chyba zacznę, skoro mam taką aplikację do dyspozycji. Po aktywowaniu tej aplikacji, nasze konto zacznie samo twittować, tagować i komentować... wirus? Niee...Algorytm studiuje naszą historię i zaczyna naśladować Twoją internetową aktywność. Wersja 1,0 pozwala nanosić poprawki, przez co program będzie jeszcze doskonalszy i zbliży swoje e-Ja do Twojego Ja, poprzez co algorytm studiuje Wasz styl pisania.
Dodatkowo, obowiązkowo, przy wyrażaniu zgody zgadzamy się na to, że poprawki możemy nanosić będąc tylko i wyłącznie żywym... tutaj właśnie jest sedno całej mojej teorii, że życie po życiu istnieje. Wiecie co to oznacza? Że po Waszej śmierci...wciąż będziecie tweetować, komentować i tagować.
W ten sposób właśnie możemy wciąż być żywi... w internecie... ale zawsze żywi.
M.Zuckenberg ma problem dość podobnego pokroju. Otóż nurtuje go, w jaki sposób pozbyć się kont facebookowych, na której ścianie jest nadmiar " [*] ". Około 750 mln "obywateli" ma facebook - oczywiście, odejmijmy tutaj podwójne konta, fikcyjne... umarłe. Zastanawialiście co się stanie z Waszym facebookiem po śmierci? Tylko Wy macie hasło, na ścianie pojawi się wpis, gdzie po raz pierwszy w życiu będziesz miał/a ponad 150 wpisów... w większości oczywiście będą to wysublimowane komentarze [*]. I co dalej? Co roku ludziom się będzie pokazywać Jutro urodziny ma XXX. No jest oczywiście sposób aby tego uniknąć - wyjebać taką osobę ze znajomych - w końcu nie żyje, to nie jest znajomym. Ale wtedy ominie Cię grupowe "lajkowanie" obrazków wrzuconych zmarłej na "ścianę" w stylu: "to tyle czasu...", gdzie jesteś stary?", "nie ma z kim wypić i pogadać".
Jaki to jest straszny problem... a jeszcze 20/30 lat temu ludzie nie byli w stanie sobie czegoś takiego wyobrazić. Dla nich reputację zdobywało się w zupełnie inny sposób, poprzez odpowiednie zachowanie w towarzystwie, stanięcie w obronie, bądź podjęcie po prostu decyzji - mogą się popisać starymi zdjęciami trzymanymi w opasłym albumie. Dzisiaj są to statusy, polubienia, wpisy czy komentarze w stylu "mistrz ciętej riposty". Na naszej stypie pójdzie muzyczna składanka, zdjęcia z facebooka, a na dowiedzenia wypalą każdemu po takiej składance, że jak nie będzie co miał robić wieczorem to odpali sobie laptop i tą płytkę - cóż jakie czasy... takie albumy.
środa, 13 listopada 2013
Podsumowanie Święta Narodowego - czyli "wydarzenia listopadowe" oraz moja "kupka wstydu".
No i proszę - 11.11. minął i Polska jak stała tak stoi. Choć stolica trzęsła się i płonęła, nasi rodacy jednak dzielnie wyrywali lewackie drzewa i pedalski bruk. Narodowcy radośnie rzucali racami i koktajlami Mołotowa. Można by rzec jednogłośnie - i nie mówię tutaj o "Rocie" (Konopnica w grobie się przewraca) - lecz sceny z ekranu bardziej przypominały mi refren "Burn motherfucker, burn" zespołu Bloodhound Gang. Dla mnie cała ta tęcza nie ma większego znaczenia - nie jestem mieszkańcem Wawy i nie wypowiadam się nad jej walorami estetycznymi. Myślę, że smętna spalona tęcza jest bardziej symbolem tegorocznygnych obchodów Święta Narodowego. Jest to święto, do którego bardziej podchodzę "może tym razem" - ale chyba jestem tylko coraz starszy i wciąż tak samo naiwny. Nie rozumiem, dlaczego 14 lipca w Francji cały naród obchodzi te święta i nic się nie dzieje? Dlaczego wtedy nikt nie czepia się muzułmanów? Albo czarnych? Dlaczego na św. Patryka Irlandczycy nie walczą z Anglikami? Dlaczego nagle IRA nie wyskakuje w środku Londynu z karabinami? Dodatkowo te święto łączone jest z piwem! A ponoć alkohol wzmaga agresję. Powiem szczerze, że tego sobie nie wyobrażam w polskich warunkach. Na dobicie można podać USA i 4 lipca. Wielkie święto obchodzone hucznie, a co najważniejsze - wspólnie. Dlaczego nie można kłócić się, bez żadnego walenia się po mordach? Można, tylko w wąskim gronie swoich znajomych, gdzie poglądy już dość dobrze znane i nie ma z kim się, do cholery, pokłócić.
Narodowcy odnoszą się do 11 listopada, jakby mieli to kiedyś zapisać w kartach historii:
"Listopad 13" - tłum ludzi wyszedł na ulicę skandować. Nie obyło się bez potyczek aparatu władzy z młodzieżą. Potyczki trwały całą noc. Jednocząc się jednak, odzyskali niepodległość". Być może to tylko moje spaczenie z referatów jakie ostatnio pisałem.
Prawda jest taka, że gdybyśmy żyli teraz w totalitarnym państwie, przeciwko nim naprawdę by wytoczono wojsko i pozamykano w więzieniach. Cały ONR zostałby rozbity, a studenci powylatywali by z uniwerków. Opozycji związano by ręce, a w kinie zamiast 15 minut reklam puszczaliby Kronikę Filmową.
Myślę, że rozumiem, że przez cały rok mogą się gryźć jedni z drugimi, że mogą krzyczeć, blokować i strajkować - ale naprawdę, choć jeden raz w roku, marzyłbym abyśmy wszyscy stanęli pod jednym sztandarem, zamiast wyrywać go sobie kto jest większym i lepszym patriotą.
Drugi temat jaki mnie ostatnio zaintrygował to: "kupka wstydu" - brzmi zabawnie? Ale moralnie dobija do podłogi i nie pozwala się ruszyć. Po raz pierwszy z tym wyrażeniem spotkałem się na blogu Krzysztofa Gonciarza. Chociaż sam nie mam takiego stosu gier, ponieważ kupuję takowe raz na dwa/trzy lata, ale moja "kupka książek" patrzy na mnie smętnie - a tutaj dochodzą jeszcze periodyki, które muszę na bieżąco przerabiać. Dla mnie taką książką, która niestety leży na takim stosiku to taka, którą zacząłem, a nie skończyłem, a po drodze wpadła mi w ręce kolejna - ponieważ pierwszej nie miałem pod ręką:
1. "Witamy w Hawanie, Seňor Hemingway" A.J. Estrada - niecałe 100 stron przeczytane. Historia jest prosta, dziadek opowiada wnukowi, jak raz na swojej rodzinnej Kubie dał w mordę E.Hemingwayowi. Tak dokładnie mu. Kupiłem tą książkę na dworcu PKP w Poznaniu, czekając na pociąg do Szczecina, za 10 zł. Aktualnie czeka na "swój czas i miejsce".
2. "Coś z Nightside" - S.R. Gren - zawsze jak zajrzę do tej książki to mnie po prostu wciąga na cały rozdział. Głównym bohaterem jest detektyw z Londynu, który schodzi do najgorszej, demonicznej dzielnicy, w której żyją tylko upalki, po to aby odnaleźć córkę na gigancie bogatej pięknej damy. Klimat rodem z filmów z H. Bogartem bądź książek Chandlera pomieszanych z Mary Shelley.
3. "Paragraf 22" J. Hellera - co to za książka! Niesamowicie się ją "nadgryza", odnajdując w niej tak ukrytą absurdalną rzeczywistość, że to jest dosłownie śmiech przez łzy i niedowierzanie. Akcja dzieje się w garnizonie lotników we Włoszech w 1944r.
4. "Brudna robota" Ch. Moore - główny bohater dostaje robotę kostuchy. Właściwie, to tą książkę tylko zacząłem, ale czytając ją miałem wrażenie, jakby książkę napisał Woody Allen.
5. Czyli ostatnia książka z "kupki wstydu" - "Wyżej podnieście strop, cieśle. Seymour: Wstęp" J.D. Salingera - i właściwie jak to u Salinger'a, książka o podróży, otaczającym świecie, refleksjach na jego temat. Niezwykle intrygujące dzieło... ale...
Właściwie to wszystkie są wciągające (oprócz Witamy na Hawanie... - z tym chyba po prostu nie trafiłem). Ale niedobór czasu, laptop, muzyka... mam jeszcze malutki stosik płyt winylowych, które czekają na odsłuchanie. W ciągu godziny dostajemy więcej informacji niż nasi dziadkowie przez całe życie, to jest okrutny fakt, dlatego właśnie "nadgryzam" te książki. Pod nos podstawiamy coraz to nowsze książki , muzykę bądź filmy, a czas się nie skurczy. Nie będziemy mieli więcej godzin w ciągu doby. I właśnie tym sposobem każdy z nas ma swoją własną "kupkę wstydu" - dostając nowe ciekawsze rzeczy, a nie mając czasu na stare - które wciąż kuszą.
Narodowcy odnoszą się do 11 listopada, jakby mieli to kiedyś zapisać w kartach historii:
"Listopad 13" - tłum ludzi wyszedł na ulicę skandować. Nie obyło się bez potyczek aparatu władzy z młodzieżą. Potyczki trwały całą noc. Jednocząc się jednak, odzyskali niepodległość". Być może to tylko moje spaczenie z referatów jakie ostatnio pisałem.
Prawda jest taka, że gdybyśmy żyli teraz w totalitarnym państwie, przeciwko nim naprawdę by wytoczono wojsko i pozamykano w więzieniach. Cały ONR zostałby rozbity, a studenci powylatywali by z uniwerków. Opozycji związano by ręce, a w kinie zamiast 15 minut reklam puszczaliby Kronikę Filmową.
Myślę, że rozumiem, że przez cały rok mogą się gryźć jedni z drugimi, że mogą krzyczeć, blokować i strajkować - ale naprawdę, choć jeden raz w roku, marzyłbym abyśmy wszyscy stanęli pod jednym sztandarem, zamiast wyrywać go sobie kto jest większym i lepszym patriotą.
Drugi temat jaki mnie ostatnio zaintrygował to: "kupka wstydu" - brzmi zabawnie? Ale moralnie dobija do podłogi i nie pozwala się ruszyć. Po raz pierwszy z tym wyrażeniem spotkałem się na blogu Krzysztofa Gonciarza. Chociaż sam nie mam takiego stosu gier, ponieważ kupuję takowe raz na dwa/trzy lata, ale moja "kupka książek" patrzy na mnie smętnie - a tutaj dochodzą jeszcze periodyki, które muszę na bieżąco przerabiać. Dla mnie taką książką, która niestety leży na takim stosiku to taka, którą zacząłem, a nie skończyłem, a po drodze wpadła mi w ręce kolejna - ponieważ pierwszej nie miałem pod ręką:
1. "Witamy w Hawanie, Seňor Hemingway" A.J. Estrada - niecałe 100 stron przeczytane. Historia jest prosta, dziadek opowiada wnukowi, jak raz na swojej rodzinnej Kubie dał w mordę E.Hemingwayowi. Tak dokładnie mu. Kupiłem tą książkę na dworcu PKP w Poznaniu, czekając na pociąg do Szczecina, za 10 zł. Aktualnie czeka na "swój czas i miejsce".
2. "Coś z Nightside" - S.R. Gren - zawsze jak zajrzę do tej książki to mnie po prostu wciąga na cały rozdział. Głównym bohaterem jest detektyw z Londynu, który schodzi do najgorszej, demonicznej dzielnicy, w której żyją tylko upalki, po to aby odnaleźć córkę na gigancie bogatej pięknej damy. Klimat rodem z filmów z H. Bogartem bądź książek Chandlera pomieszanych z Mary Shelley.
3. "Paragraf 22" J. Hellera - co to za książka! Niesamowicie się ją "nadgryza", odnajdując w niej tak ukrytą absurdalną rzeczywistość, że to jest dosłownie śmiech przez łzy i niedowierzanie. Akcja dzieje się w garnizonie lotników we Włoszech w 1944r.
4. "Brudna robota" Ch. Moore - główny bohater dostaje robotę kostuchy. Właściwie, to tą książkę tylko zacząłem, ale czytając ją miałem wrażenie, jakby książkę napisał Woody Allen.
5. Czyli ostatnia książka z "kupki wstydu" - "Wyżej podnieście strop, cieśle. Seymour: Wstęp" J.D. Salingera - i właściwie jak to u Salinger'a, książka o podróży, otaczającym świecie, refleksjach na jego temat. Niezwykle intrygujące dzieło... ale...
Właściwie to wszystkie są wciągające (oprócz Witamy na Hawanie... - z tym chyba po prostu nie trafiłem). Ale niedobór czasu, laptop, muzyka... mam jeszcze malutki stosik płyt winylowych, które czekają na odsłuchanie. W ciągu godziny dostajemy więcej informacji niż nasi dziadkowie przez całe życie, to jest okrutny fakt, dlatego właśnie "nadgryzam" te książki. Pod nos podstawiamy coraz to nowsze książki , muzykę bądź filmy, a czas się nie skurczy. Nie będziemy mieli więcej godzin w ciągu doby. I właśnie tym sposobem każdy z nas ma swoją własną "kupkę wstydu" - dostając nowe ciekawsze rzeczy, a nie mając czasu na stare - które wciąż kuszą.
piątek, 1 listopada 2013
Dlaczego nie płaczemy?
Dzisiaj bardzo krótko - otóż Edyta Górniak 29.10.2013r opublikowała 16-sekundowy filmik na swoim Instagramie. Był on przepełniony emocjami, łzami i wspomnieniami po eks-menadżerze znanej polskiej wokalistki - mimo to ile było w tym wszystkim negatywnych emocji - mam wrażenie, że internetowa społeczność bardziej się śmieje z tych łez aniżeli empatyczne łączy się w bólu i nadziei na lepsze jutro.
Pomijając filozoficzne aspekty przynoszące na myśl Sokratesa - "Nie wiem jak, nie wiem kiedy" - Edytka (jeżeli wolno mi się tak zwrócić, do kobiety, która dawno dawno temu porwała miliony Polaków śpiewając "To nie ja byłam Ewą") obiecuje Nam, oraz swojemu zmarłemu już menadżerowi, że dokończy tą płytę. Super! Choć nie cierpię słuchać jej wycia - na pewno nie kupię jej płyty! Ba! Sprawię jej radość i prawdopodobnie nawet nie odtworzę ani razu na YouTube żadnego jej utworu, nie mówiąc nic o zostaniu piratem - Pani Edytko! Nie będę nosił opaski na oku, nie będę też Pani okradał.
Jaki tego wszystkiego morał? Otóż taki, że oglądając zapłakaną E.G. musiałem szybko polecieć do apteki po Stoperan. Jak poprzedni sezon "Voice de Poland" jakoś śledziłem i kibicowałem Natalii Sikorze, tak w teraz widząc tą idiotkę na ekranie, proszę znajomych aby przerzucili kanał.
Ta woka... ta polska gwia... ta celebrytka, skończyła się wraz z odśpiewaniem hymnu w 2002 roku. Cytując klasyka "Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść" - Pani E.G. nie zeszła - teraz nagrywa płytę, która się nie sprzeda, M. Niedźwiecki pewnie też straci do niej cierpliwość. I tak wszyscy zapamiętają ją jako głupiutką laleczkę, która nie wie co ze sobą zrobić, która nie ma już "parcia na szkło" i sama musi go szukać (chociażby takimi głupi akcjami) - oczywiście, ten wpis jest przykładem tego, że "o niej się mówi" - a przecież o to chodziło. Nie prawda, uważam, że chodzi o to, że powinni ją zapamiętać jako "nadzieję polskiej muzyki", jako wokalistkę, która niesamowicie zaśpiewała "To nie ja byłam Ewą" - ostatecznie zapamiętają głupiutką jurorkę, nieudaną interpretację hymnu... aż w końcu zapomną.
czwartek, 31 października 2013
Halloween - czyli jak zostałem poganinem
"Na zachodzie", gdzie jak wiadomo wszystko jest lepsze, ogórki są bardziej zielone, cytryny bardziej kwaśne, chleb bardziej chlebowy - Halloween jest czymś całkowicie normalnym - nieodłączną tradycją, o której mali grubi amerykanie myślą już pod koniec lata, rozmawiając o przebraniu z rodzeństwem pomiędzy przełykaniem frytek, a dobieraniem się do pizzy.
W Polsce całe to Halloween brzmi jeszcze trochę egzotycznie - choć młodzież zaczyna przyswajać sobie to święto. Szczerze mówiąc, gdyby do mojej furtki zapukała gromadka dzieci przebrana za kościotrupy, księżniczki czy wampiry - poszczułbym ich księdzem. Naprawdę nic nie mam do tego "Twilight" - nie jestem ani za, ani przeciw - po prostu jakoś mnie to święto "nie bawi".
Moje pierwsze dramatyczne skojarzenia z tym "horrorowatym" świętem mam już z podstawówki, gdzie na głównym korytarzu porozstawiane były gnijące dynie - które zamiast wycinać, korzystano z markera aby nadać im "twarzom" coś na styl charakteru - Ci co byli sprytniejsi korzystali z takich żelek w kształcie oczu, co nie zmienia faktu, że ściany udekorowane w nietoperze z wycinanek (Zubat wyglądał straszniej), kościotrupy niczym z bajki Disneya z lat 30... wyglądało to strasznie... kiczowato. I tak właśnie moja szkoła z (tak myślę) całkiem radosnego i sympatycznego święta, zrobiła papkę - w której każda klasa musiała wystawić swojego zawodnika w "najlepszym" przebraniu. Być może mam taką awersję do tego, ponieważ stałem przebrany w pidżamę z poduszką (przebrany za Śpiocha) i przegrałem z chłopakiem ze starszej klasy, który patriotycznie założył szalik i czapkę reprezentacji Polski. Nie wiem czy jury się bało skandalu, że szkoła nie propaguje postawy patriotycznej, czy zostali po prostu przekupieni.
Mimo wszystko, nie o to mi tak naprawdę chodzi - dzisiaj będąc w podróży słuchałem radia, gdzie młodzież opowiadała jak się bawią, robią sobie maratony strasznych filmów etc. Strasznie jednak brzmiały głosy (i o dziwo wcale nie były to głosy starszych pań, które bez przebrania mogłyby chodzić i krzyczeć "cukierek albo psikus", lecz również młode osoby tak się odzywały co mnie strasznie zaintrygowało), że to jest papka niedouczonego społeczeństwa z zachodu, asymilującego się u nas - na polskiej ziemi splamionej krwią przodków.
Rozumiem, że Polacy mają kompleks "tradycji i historii", że w Polsce jest tradycja, abyśmy wszyscy zgodnie chórkiem łkali nad grobem naszego przodka i opowiadali o wspaniałej śmierci jakiegoś herosa z któregoś z powstań. I tak cała dyskusja nad Halloween przeistoczyła się w problem natury religijno-patriotyczny.
A przecież tak naprawdę nie o to chodzi - mnie osobiście wisi i powiewa to czy dzieciaki się przebierają czy nie, czy rodzice puszczają takie dzieciaki nie martwiąc się o to czy te dzieci nie zgwałcą jakiegoś pedofila przebranego za... dobra koniec z żartami na temat kościoła. Czy te dzieciaki nie zostaną gdzieś porwane i skrzywdzone. Patrząc na to jak to wygląda np. w USA - uważam, że sama idea jest całkiem ciekawa i atrakcyjna - straszne jest to, że w Polsce jest tendencja do tego, aby nasze święta były smutne i patetyczne. Smuci mnie też to, że coraz trudniej jest mieć po prostu własne zdanie - niepodparte żadną ideologią, religią bądź poglądami politycznymi. I najstraszniejsze w tym całym Halloween jest to, że ludzie nie mają żadnego dystansu do siebie - ja nie widzę żadnego problemu, aby dzisiaj się śmiać i radować, jutro oddać cześć przodkom. Przecież tutaj chodzi o pamięć.
W Polsce całe to Halloween brzmi jeszcze trochę egzotycznie - choć młodzież zaczyna przyswajać sobie to święto. Szczerze mówiąc, gdyby do mojej furtki zapukała gromadka dzieci przebrana za kościotrupy, księżniczki czy wampiry - poszczułbym ich księdzem. Naprawdę nic nie mam do tego "Twilight" - nie jestem ani za, ani przeciw - po prostu jakoś mnie to święto "nie bawi".
Moje pierwsze dramatyczne skojarzenia z tym "horrorowatym" świętem mam już z podstawówki, gdzie na głównym korytarzu porozstawiane były gnijące dynie - które zamiast wycinać, korzystano z markera aby nadać im "twarzom" coś na styl charakteru - Ci co byli sprytniejsi korzystali z takich żelek w kształcie oczu, co nie zmienia faktu, że ściany udekorowane w nietoperze z wycinanek (Zubat wyglądał straszniej), kościotrupy niczym z bajki Disneya z lat 30... wyglądało to strasznie... kiczowato. I tak właśnie moja szkoła z (tak myślę) całkiem radosnego i sympatycznego święta, zrobiła papkę - w której każda klasa musiała wystawić swojego zawodnika w "najlepszym" przebraniu. Być może mam taką awersję do tego, ponieważ stałem przebrany w pidżamę z poduszką (przebrany za Śpiocha) i przegrałem z chłopakiem ze starszej klasy, który patriotycznie założył szalik i czapkę reprezentacji Polski. Nie wiem czy jury się bało skandalu, że szkoła nie propaguje postawy patriotycznej, czy zostali po prostu przekupieni.
Mimo wszystko, nie o to mi tak naprawdę chodzi - dzisiaj będąc w podróży słuchałem radia, gdzie młodzież opowiadała jak się bawią, robią sobie maratony strasznych filmów etc. Strasznie jednak brzmiały głosy (i o dziwo wcale nie były to głosy starszych pań, które bez przebrania mogłyby chodzić i krzyczeć "cukierek albo psikus", lecz również młode osoby tak się odzywały co mnie strasznie zaintrygowało), że to jest papka niedouczonego społeczeństwa z zachodu, asymilującego się u nas - na polskiej ziemi splamionej krwią przodków.
Rozumiem, że Polacy mają kompleks "tradycji i historii", że w Polsce jest tradycja, abyśmy wszyscy zgodnie chórkiem łkali nad grobem naszego przodka i opowiadali o wspaniałej śmierci jakiegoś herosa z któregoś z powstań. I tak cała dyskusja nad Halloween przeistoczyła się w problem natury religijno-patriotyczny.
A przecież tak naprawdę nie o to chodzi - mnie osobiście wisi i powiewa to czy dzieciaki się przebierają czy nie, czy rodzice puszczają takie dzieciaki nie martwiąc się o to czy te dzieci nie zgwałcą jakiegoś pedofila przebranego za... dobra koniec z żartami na temat kościoła. Czy te dzieciaki nie zostaną gdzieś porwane i skrzywdzone. Patrząc na to jak to wygląda np. w USA - uważam, że sama idea jest całkiem ciekawa i atrakcyjna - straszne jest to, że w Polsce jest tendencja do tego, aby nasze święta były smutne i patetyczne. Smuci mnie też to, że coraz trudniej jest mieć po prostu własne zdanie - niepodparte żadną ideologią, religią bądź poglądami politycznymi. I najstraszniejsze w tym całym Halloween jest to, że ludzie nie mają żadnego dystansu do siebie - ja nie widzę żadnego problemu, aby dzisiaj się śmiać i radować, jutro oddać cześć przodkom. Przecież tutaj chodzi o pamięć.
piątek, 11 października 2013
O pokojowej nagrodzie Nobla, niedzielnym referendum, świętach narodowych i dlaczego piłka nożna jest sportem narodowym?
Jakkolwiek internet mi na to pozwala - po raz pierwszy od 2009 roku nie skrytykuję wyboru komisji noblowskiej. Być może dlatego, że wybór był bardzo "salomonowy" i "bezpieczny". Organizacja ds. Zwalczania Broni Chemicznej w mojej ocenie jest rzeczywiście trafnym wyborem, pokazującym "odrazę cywilizowanego świata do użycia broni chemicznej" (minister MSZ R.Sikorski). Istniejąca od 1997 roku organizacja OPCW działa w ramach ograniczenia oraz całkowitego zlikwidowania arsenału chemicznego na świecie.
Wciąż oczywiście uważam, że A.Bielacki byłby najlepszym wyborem (i prawdopodobnie będę się przy tym upierał tak długo, aż nie tej nagrody nie dostanie), ale może to tylko objaw mojego patriotycznego marudzenia - w końcu każdy Polak lubi sobie po marudzić.
Dookoła tego marudzenia lub cieszenia się nie zapominajmy, że nagroda ta jest nie tylko (w pewien sposób) podziękowaniem za działalność, lecz również prośbą o więcej.
A skoro wspomniałem już o marudzeniu - obywatele stolicy polski mieli już dosyć marudzenia na prezydent H. Gronkiewicz-Waltz, zebrali podpisy i w tą niedzielę idą do urn.
Przyznaję się, że jest tutaj moja spóźniona reakcja na wypowiedź premiera dot. bojkotowania wyborów. Powiem szczerze, że to się nie mieści w głowie, jak premier demokratycznego państwa w środkowej Europie może nawoływać do tego, aby w tą niedzielę obywatele nie szli do urn. Ja też uważam, że to jest trochę bez sensu, że to jest nieekonomiczne, robienie referendum na rok przed wyborami - lecz zebrana została odpowiednia ilość głosów - a co za tym idzie, to jest prawo każdego obywatela że w demokratycznym państwie (gr. demos kratos - władza ludu) jak nas uczyli nauczyciele od podstawówki wbijając książki do naszych zakutych łbów. "Demokracja jest najgorszym z możliwych ustrojów, tylko, że lepszego nikt jeszcze nie wymyślił" (W. Churchill) - i wiecie coś w tym jest. Jakkolwiek na to nie spojrzeć (biorąc pod uwagę etymologię demokracji) NIGDZIE nie została ona wprowadzona według jej najbardziej fundamentalnych zasad (nie oszukujmy się - patrząc na to z drugiej strony - nie da się jej wprowadzić, tak aby każdy rządził).
Wracając jednak do tematu (jak subtelnie), nikt mi nie wmówi, że cała ta "granda" dookoła odwołania prezydent Warszawy, nie została upolityczniona. PiS pod względem taktycznym zachował się bardzo dobrze, podczepiając się, a później nawet dominując nad całym tym referendum - jeżeli H. Gronkiewicz-Waltz zostanie odwołana przez obywateli, będzie to święto i zwycięstwo PiSu.
Mimo to i tak uważam, że użycie "W" podczas kampanii było dość niesmaczne, porównałbym to nawet do gwałtu o godzinie 17 w środku lata w parku w krzakach pielęgniarki z 1944. Całkowite zbezczeszczenie tego co się dało - ale może tak uważam tylko ze względu na sentyment do tego święta w historii Polski. W mojej ocenie nie powinno tak być, że wykorzystuje się pewien symbol do walki o polityczne stołki.
Tak mi się marzy aby godzina "W", 11.XI czy 3.V były świętami przy których powinniśmy zapomnieć o tym, że ten jest z prawicy, tamten z lewicy, ten jest gruby, ten wierzący, a ten chudy i woli chłopców. Nie! W USA to wszystko wygląda tak pięknie. Bez względu czy Republikanie, czy Demokraci, mogą sobie na codzień skakać do gardeł, ale w Dzień Niepodległości wszyscy będą zgodni. Aż mi przykro, że u Nas to wygląda w tak nienawistny sposób: "Ja jestem bardziej polski od niego".
Ale wiem co łączy zamiast dzielić (choć tylko na 90 minut) - jest to piłka nożna. Dzisiaj jedna bramka zdecydowała o tym, że piłkarze z orzełkami na koszulkach nie wybiegną w Brazylii na mundialu - trudno. Ale jeżeli odkopuje się "dziadków" aby grali to musi się to tak skończyć. Obrona prócz jednego błędu Wojtkowiaka - sprawdzała się, myślę, że ona "trybiła" (szczególnie Jędrzejczyk pod tym względem mi zaimponował), Krychowiak jak zawsze u mnie na "+"... i na tym by się skończyło - Lewandowski niby zagrał dobrze, nic mu zarzucić nie można - chociaż? Czy napastnika nie rozlicza się za strzelone bramki? Błaszczykowski? Kapitan reprezentacji, a ja wciąż mam wrażenie, że nie ufa swoim kolegom. Cały czas był o ten krok do tyłu. Kto grał na lewej stronie, nawet nie mam pojęcia. Cały czas brakowało mi tego ostatniego celnego podania. Coś po prostu się nie zgrywało.
Widać było, że zawodnicy zostawili serce na boisku, że walczyli.... ale zaczęli tę walkę o 3/4 mecze za późno. Gdyby grali tak wcześniej to do meczu z Ukrainą podchodzilibyśmy z zupełnie innym nastawieniem.
I ciągle mnie intryguje dlaczego to właśnie piłka nożna jest uważana za sport narodowy. Dlaczego nie siatkówka, gdzie "grupa śmierci" nazywana jest tą, w której gra polska reprezentacja. Dlaczego nie żużel, skoro w "czarnym sporcie" odnosimy sukces za sukcesem, a polska liga uważana jest za najlepszą na świecie?
Chyba dlatego, że od najmłodszych lat po lekcjach brało się puszkę (a jak ktoś miał piłkę to był luksus i wszyscy z klasy zostali), kładło po dwa plecaki z każdej strony jako słupki i można było grać. Emocje, krzyczenie, że ktoś jest Zizu, Ze Roberto bądź Ronaldo. Chyba dlatego, że to jest "prosty sport" i da się grać prawie wszędzie.
Podsumowując, prawda jest taka, że marudząc możemy narzekać na każdego Laureata Nagrody Nobla - zawsze można być niezadowolonym - trzeba zadać sobie tylko jedno pytanie - czy DZIAŁANIE danej osoby/organizacji przynosi światu więcej szkód czy korzyści?
Referendum jest opcją, z której może korzystać każdy obywatel - choć wciąż uważam, że to referendum jest niepotrzebne, moim obywatelskim i patriotycznym obowiązkiem jest interesowanie się życiem politycznym mojej ojczyzny i uważam, że premier powinien pomyśleć zanim strzeli takim idiotyzmem. Ale przede wszystkim referendum jest świętem demokracji - i może przez ciszę wyborczą, a może nie - ale politycy się wtedy nie kłócą i nie skaczą sobie do gardeł - i oby tak zachowywali się w każde święto, ponieważ to oni dają Nam przykład.
Wciąż oczywiście uważam, że A.Bielacki byłby najlepszym wyborem (i prawdopodobnie będę się przy tym upierał tak długo, aż nie tej nagrody nie dostanie), ale może to tylko objaw mojego patriotycznego marudzenia - w końcu każdy Polak lubi sobie po marudzić.
Dookoła tego marudzenia lub cieszenia się nie zapominajmy, że nagroda ta jest nie tylko (w pewien sposób) podziękowaniem za działalność, lecz również prośbą o więcej.
A skoro wspomniałem już o marudzeniu - obywatele stolicy polski mieli już dosyć marudzenia na prezydent H. Gronkiewicz-Waltz, zebrali podpisy i w tą niedzielę idą do urn.
Przyznaję się, że jest tutaj moja spóźniona reakcja na wypowiedź premiera dot. bojkotowania wyborów. Powiem szczerze, że to się nie mieści w głowie, jak premier demokratycznego państwa w środkowej Europie może nawoływać do tego, aby w tą niedzielę obywatele nie szli do urn. Ja też uważam, że to jest trochę bez sensu, że to jest nieekonomiczne, robienie referendum na rok przed wyborami - lecz zebrana została odpowiednia ilość głosów - a co za tym idzie, to jest prawo każdego obywatela że w demokratycznym państwie (gr. demos kratos - władza ludu) jak nas uczyli nauczyciele od podstawówki wbijając książki do naszych zakutych łbów. "Demokracja jest najgorszym z możliwych ustrojów, tylko, że lepszego nikt jeszcze nie wymyślił" (W. Churchill) - i wiecie coś w tym jest. Jakkolwiek na to nie spojrzeć (biorąc pod uwagę etymologię demokracji) NIGDZIE nie została ona wprowadzona według jej najbardziej fundamentalnych zasad (nie oszukujmy się - patrząc na to z drugiej strony - nie da się jej wprowadzić, tak aby każdy rządził).
Wracając jednak do tematu (jak subtelnie), nikt mi nie wmówi, że cała ta "granda" dookoła odwołania prezydent Warszawy, nie została upolityczniona. PiS pod względem taktycznym zachował się bardzo dobrze, podczepiając się, a później nawet dominując nad całym tym referendum - jeżeli H. Gronkiewicz-Waltz zostanie odwołana przez obywateli, będzie to święto i zwycięstwo PiSu.
Mimo to i tak uważam, że użycie "W" podczas kampanii było dość niesmaczne, porównałbym to nawet do gwałtu o godzinie 17 w środku lata w parku w krzakach pielęgniarki z 1944. Całkowite zbezczeszczenie tego co się dało - ale może tak uważam tylko ze względu na sentyment do tego święta w historii Polski. W mojej ocenie nie powinno tak być, że wykorzystuje się pewien symbol do walki o polityczne stołki.
Tak mi się marzy aby godzina "W", 11.XI czy 3.V były świętami przy których powinniśmy zapomnieć o tym, że ten jest z prawicy, tamten z lewicy, ten jest gruby, ten wierzący, a ten chudy i woli chłopców. Nie! W USA to wszystko wygląda tak pięknie. Bez względu czy Republikanie, czy Demokraci, mogą sobie na codzień skakać do gardeł, ale w Dzień Niepodległości wszyscy będą zgodni. Aż mi przykro, że u Nas to wygląda w tak nienawistny sposób: "Ja jestem bardziej polski od niego".
Ale wiem co łączy zamiast dzielić (choć tylko na 90 minut) - jest to piłka nożna. Dzisiaj jedna bramka zdecydowała o tym, że piłkarze z orzełkami na koszulkach nie wybiegną w Brazylii na mundialu - trudno. Ale jeżeli odkopuje się "dziadków" aby grali to musi się to tak skończyć. Obrona prócz jednego błędu Wojtkowiaka - sprawdzała się, myślę, że ona "trybiła" (szczególnie Jędrzejczyk pod tym względem mi zaimponował), Krychowiak jak zawsze u mnie na "+"... i na tym by się skończyło - Lewandowski niby zagrał dobrze, nic mu zarzucić nie można - chociaż? Czy napastnika nie rozlicza się za strzelone bramki? Błaszczykowski? Kapitan reprezentacji, a ja wciąż mam wrażenie, że nie ufa swoim kolegom. Cały czas był o ten krok do tyłu. Kto grał na lewej stronie, nawet nie mam pojęcia. Cały czas brakowało mi tego ostatniego celnego podania. Coś po prostu się nie zgrywało.
Widać było, że zawodnicy zostawili serce na boisku, że walczyli.... ale zaczęli tę walkę o 3/4 mecze za późno. Gdyby grali tak wcześniej to do meczu z Ukrainą podchodzilibyśmy z zupełnie innym nastawieniem.
I ciągle mnie intryguje dlaczego to właśnie piłka nożna jest uważana za sport narodowy. Dlaczego nie siatkówka, gdzie "grupa śmierci" nazywana jest tą, w której gra polska reprezentacja. Dlaczego nie żużel, skoro w "czarnym sporcie" odnosimy sukces za sukcesem, a polska liga uważana jest za najlepszą na świecie?
Chyba dlatego, że od najmłodszych lat po lekcjach brało się puszkę (a jak ktoś miał piłkę to był luksus i wszyscy z klasy zostali), kładło po dwa plecaki z każdej strony jako słupki i można było grać. Emocje, krzyczenie, że ktoś jest Zizu, Ze Roberto bądź Ronaldo. Chyba dlatego, że to jest "prosty sport" i da się grać prawie wszędzie.
Podsumowując, prawda jest taka, że marudząc możemy narzekać na każdego Laureata Nagrody Nobla - zawsze można być niezadowolonym - trzeba zadać sobie tylko jedno pytanie - czy DZIAŁANIE danej osoby/organizacji przynosi światu więcej szkód czy korzyści?
Referendum jest opcją, z której może korzystać każdy obywatel - choć wciąż uważam, że to referendum jest niepotrzebne, moim obywatelskim i patriotycznym obowiązkiem jest interesowanie się życiem politycznym mojej ojczyzny i uważam, że premier powinien pomyśleć zanim strzeli takim idiotyzmem. Ale przede wszystkim referendum jest świętem demokracji - i może przez ciszę wyborczą, a może nie - ale politycy się wtedy nie kłócą i nie skaczą sobie do gardeł - i oby tak zachowywali się w każde święto, ponieważ to oni dają Nam przykład.
sobota, 21 września 2013
Historia pewnej starszej Pani
Dzisiaj nad szklanką whiskey przypomniała mi się pewna smutna historia....
Jest to historia pewnej Pani, która najlepsze lata miała już za sobą - na swoich przygarbionych plecach targała już grubo ponad 80 lat historii. Za każdym razem jak się uśmiechała widać było zmarszczki, a jej oczy pokazywały, że choć nie pamięta co było tydzień temu - świetnie potrafiła mi opowiedzieć historię z lat 40' ubiegłego wieku.
Ta Pani była moją sąsiadką. Codziennie rano, idąc jeszcze do szkoły, spotykałem ją idącą do klepu, aby kupić chleb za pieniądze, których nie miała. Zbierała suchy chleb wywieszony obok śmietników, ubrania, których ludzie nie wyrzucali do kremowych kontenerów i wczorajsze gazety - zdecydowanie ciężko jej było przeżyć. A przecież kiedyś nie miała zmarszczek, mogła być najpiękniejszą dziewczyną w okolicy, a jej oczy były zainteresowane tym co ją czeka dnia następnego.
Zabawne jest to, że choć nikt nie znał jej imienia - najbardziej interesowali się nią politycy z Wiejskiej - którzy przywoływali jej smutną historię przy prawie każdym wyjściu na mównicę, obiecując jej za każdym razem coraz niższe podatki i wyższą emeryturę - wszystkiego wysłuchiwała z zainteresowaniem choć i tak wiedziała, że to nic nie zmieni. Wyłączała telewizor by wraz z radiem pośpiewać stare, dobre utwory, których my nawet nie pamiętamy.
Bardzo lubiłem tą, Panią - niektóre jej anegdotki wywoływały mój uśmiech, inne dreszcze. Zawsze pytała mnie, wracającego ze szkoły, jak mi minęły lekcje. I choć w mojej ocenie była traktowana jak Hiob - zawsze obiecywała modlić się za moją przyszłość. Obiecywała to sprzątając w swoim małym ogródku - ciekawe, że jak na swój wiek, by czerstwa i bardziej aktywna niż ludzie tuż przed pięćdziesiątką.
Ta historia jest dość krótka, choć powinna być zdecydowanie dłuższa, aż szkoda, że nie zapytałem jej o połowę rzeczy o jakie zapytałbym dzisiaj - kończy wraz jej śmiercią... jejku... jak dawną. Nie pamiętam imienia tej Pani, ani za dobrze nawet nie jestem w stanie sobie przypomnieć jej twarzy... pamiętam tylko, że na jej ogródku rosły najpiękniejsze na świecie czerwone różyczki. Pamiętam też, że ostatni raz zobaczyłem ją na początku roku szkolnego... szóstego lub piątego.
Zabawne, jak ludzie szybko zapominają osoby, które z jednej strony były tylko epizodyczne, a z drugiej po tak długim czasie skłaniają do refleksji i sprawiają, że cały wieczór nie można myśleć o niczym innym.
Jest to historia pewnej Pani, która najlepsze lata miała już za sobą - na swoich przygarbionych plecach targała już grubo ponad 80 lat historii. Za każdym razem jak się uśmiechała widać było zmarszczki, a jej oczy pokazywały, że choć nie pamięta co było tydzień temu - świetnie potrafiła mi opowiedzieć historię z lat 40' ubiegłego wieku.
Ta Pani była moją sąsiadką. Codziennie rano, idąc jeszcze do szkoły, spotykałem ją idącą do klepu, aby kupić chleb za pieniądze, których nie miała. Zbierała suchy chleb wywieszony obok śmietników, ubrania, których ludzie nie wyrzucali do kremowych kontenerów i wczorajsze gazety - zdecydowanie ciężko jej było przeżyć. A przecież kiedyś nie miała zmarszczek, mogła być najpiękniejszą dziewczyną w okolicy, a jej oczy były zainteresowane tym co ją czeka dnia następnego.
Zabawne jest to, że choć nikt nie znał jej imienia - najbardziej interesowali się nią politycy z Wiejskiej - którzy przywoływali jej smutną historię przy prawie każdym wyjściu na mównicę, obiecując jej za każdym razem coraz niższe podatki i wyższą emeryturę - wszystkiego wysłuchiwała z zainteresowaniem choć i tak wiedziała, że to nic nie zmieni. Wyłączała telewizor by wraz z radiem pośpiewać stare, dobre utwory, których my nawet nie pamiętamy.
Bardzo lubiłem tą, Panią - niektóre jej anegdotki wywoływały mój uśmiech, inne dreszcze. Zawsze pytała mnie, wracającego ze szkoły, jak mi minęły lekcje. I choć w mojej ocenie była traktowana jak Hiob - zawsze obiecywała modlić się za moją przyszłość. Obiecywała to sprzątając w swoim małym ogródku - ciekawe, że jak na swój wiek, by czerstwa i bardziej aktywna niż ludzie tuż przed pięćdziesiątką.
Ta historia jest dość krótka, choć powinna być zdecydowanie dłuższa, aż szkoda, że nie zapytałem jej o połowę rzeczy o jakie zapytałbym dzisiaj - kończy wraz jej śmiercią... jejku... jak dawną. Nie pamiętam imienia tej Pani, ani za dobrze nawet nie jestem w stanie sobie przypomnieć jej twarzy... pamiętam tylko, że na jej ogródku rosły najpiękniejsze na świecie czerwone różyczki. Pamiętam też, że ostatni raz zobaczyłem ją na początku roku szkolnego... szóstego lub piątego.
Zabawne, jak ludzie szybko zapominają osoby, które z jednej strony były tylko epizodyczne, a z drugiej po tak długim czasie skłaniają do refleksji i sprawiają, że cały wieczór nie można myśleć o niczym innym.
sobota, 14 września 2013
Bez celu, życie nie jest warte przeżycia - bez mrzonek życia codziennego, życie ucieka Nam między palcami.
Fakt nr.1
"Nigdy nie odetniemy się od przeszłości - jest tym co nas stworzyło"
Wszystko co piszę opieram na tym co mnie otacza i co widzę - a później to wyolbrzymiam i dopisuje inne sytuacje, które się mi z tym kojarzą - i tak powstają nowe teksty. Zaczynam zwykle już od rana, zawsze przygotowany mam długopis i kartkę - niekiedy noszę ten zestaw przy sobie - miło sobie czasami wyobrazić, że jest się pisarzem, albo kronikarzem historii, które przeżywamy wraz z paczką znajomych.
Budzę się rano - słyszę dziwny hałas za oknem. Ja pierdzielę... jakby ktoś odśnieżał na początku września. Nie dadzą człowiekowi z rana pospać. Jeżeli jest wrzesień i człowiek nie idzie do szkoły, to znaczy, że obibok, że wagarowicz, że do niczego nie dojdzie i skończy jak pan Mietek spod "Żabki". Nie mogłem sobie wymarzyć lepszej pobudki. Tylko od rana palnąć sobie prosto w skroń.
Człowiek rano wstaje i idzie do łazienki - patrzy na swoją twarz i zastanawia się jakim cudem sumienie pozwala mu się pokazywać w tłumie. Patrzę w zmęczone oczy i zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem po raz kolejny nie przeżywam własnego "Dnia Świra".
Po dłuższym zastanawianiu nad sensem życia, nad tym jak zapanować nad głodem na świecie, oraz jak uszczęśliwić małe chińskie dzieci, można zejść z toalety i zacząć całkowicie normalne życie. Czyli zjedzenie śniadania, ubranie się, spojrzenie czy są gwiazdy - jak są, to znaczy, że w nocy nie będzie padać i można pobiegać w ramach prowadzenia zdrowego trybu życia.
Fakt nr.2
"Smutek nie łączy się ze smutkiem"
Dawno temu zasłyszany tekst, a tak prawdziwy - jakiś czas temu szedłem z moim dobrym znajomym przez miasto o 1 w nocy i usłyszałem od niego pytanie: "Czy jesteś smutny?" - powiem szczerze, że mnie zamurowało - szczególnie, że byłem dopiero co po seansie domowego kina prosto z laptopa "Wszystkie Odloty Cheyenne'a". Szczerze, nie pamiętam co wtedy odpowiedziałem - pamiętam to pytanie i jak dodał, że według ostatnich badań, co piąte polskie dziecko jest smutne.
Tak naprawdę przerażające w tym wszystkim jest to, że ludzie nawet jeżeli są smutni - boją się to pokazać. Mógłbym teraz napisać całą tyradę na temat zakładania masek - tylko po to aby nie pokazać słabości. Niby jesteśmy cywilizowanym społeczeństwem, a ludzie wciąż czują się jak w miejskiej dżungli, bojąc się pokazać, że mogą być najsłabszym osobnikiem w stadzie na korytarzu. Myślę, że tak naprawdę to jest cała podstawa - ludzie byliby o wiele mniej smutni, gdyby mieli z kim się tym podzielić.
Fakt nr.3
"Wszyscy nosimy maski - udając, że jesteśmy kimś innym"
Ostatnim czasy usłyszałem kilka komplementów. Brzmi to strasznie narcystycznie, że jestem ostatnim analogowym facetem. Ale ten jeden z nich sprawił, że choć uśmiechnąłem się do Niej (gdyż to Ona powiedziała mi o tym fakcie - dla ułatwienia pisania nazwijmy ją A.S.) W rzeczywistości wcale się nie uśmiechnąłem tylko zacząłem zastanawiać. Prawda jest taka, że owe "intensywne życie" jakie prowadzę jest cholernie satysfakcjonujące - ale tylko wtedy kiedy coś się dzieje. Wieczorne zabawy, flirty i żarty, poranna kawa pobudzająca mnie do życia niczym woda na środku Sahary.
Właściwie to cholernie lubię poranną kawę - niekiedy wydaje się strasznie mistyczna. 40-letni mężczyzna pod krawatem wchodzi do kuchni, gdzie siedzi dwójka bachorów i żona. Mężczyzna siada i pije kawę uśmiechając się do cholernie kochającej rodziny.
Pijąc kawę włączam laptopa, poranny przegląd e-prasy (nowy termin, oznaczający próbę dowiedzenia się, czy świat przypadkiem się nie skończył w ciągu nocy, tylko ja o tym jeszcze nie wiem, bo nie wyjrzałem przez okno). Facebook - czyli pokazanie ludziom, że jestem członkiem Waszego społeczeństwa. Do cholery! To jest chore! Dzisiaj, kiedy spotkałem się z S.K. opowiedział mi takie historie, że po raz kolejny powiedziałem, że dożyliśmy tak smutnych czasów, że...
Fakt nr.4
"Istnienie na portalach społecznościowych jest wyznacznikiem naszego bytu"
Jak poprzednie pokolenia zostawiały za sobą listy, książki, poezję - tak nasze pozostawi za sobą gigabajty internetu. I to jest naprawdę przerażające. Byli romantycy, pozytywiści, dekadenci, pokolenie Kolumbów - a Nasze? Pokolenie @ - osobiście tak to nazywam. Czyli istoty ukrywające się pod pseudonimami w internecie, aby coś napisać, wyżalić się, udawać kreatorów mody, lub po prostu komuś dowalić - za to, że jest.
Poznałem też niedawno pewną osobę - próbowała mi udowodnić jakie życie kiedyś było świetne, że my cholerne Pokolenie @, urodziliśmy się zbyt późno - nie mieliśmy szczęścia usłyszeć Dżem w radio, zagrać na Amidze lub po prostu zrozumieć czym była miłość w latach 90' - a przez to wszyscy przegapiliśmy to co nadawało życiu sens i prawdziwy smak.
Wiecie co jest przerażające? Że prawie mu uwierzyłem. I tak się znalazłem tutaj - czując, że tak naprawdę bez znaczenia jest to czy urodziłem się na początku lat 80' czy 90' - wszyscy jesteśmy tak zdesperowani, że szukamy nowych doświadczeń - zupełnie przypadkiem wpadamy na siebie, a mając odrobinę szczęścia - zakochujemy - bądź zupełnie bez niczego pieprzymy się ze sobą - licząc na to, że na samym końcu będziemy mieli Happy End.
Prawda jest taka, że z samego rana - po zrobieniu kawy w dwóch kubkach - z przyzwyczajenia siadam przed laptopem, próbując coś naskrobać. Prawie żadna dziewczyna nie lubi porannego seksu - nie wiem czy to przez wgląd na senność, poranną burzę włosów (która, według mnie wygląda niesamowicie), a może porannego kapcia w ustach. Wtedy upijając kolejny łyk kawy spoglądam na przeciągającą się A.S. i uśmiechającą się do mnie - czy może być coś bardziej niesamowitego niż obudzenie dziewczyny zapachem kawy?
Fakt nr.5
"Prawie, nie oznacza, że KAŻDA"
Podnoszę kąciki ust w uśmiechu i wskakuję do wygrzanego łóżka. Czy może być coś bardziej niesamowitego, niż poznanie kogoś, kto jako swój cel ustawił sobie po prostu nie być smutnym? Dopiero wtedy rozumiałem co oznacza, że "smutek nie łączy się ze smutkiem". Nie jest to dzielenie się faktami, zakładanie nowych masek, opisywanie swoich przemyśleń na blogach czy facebookach, nie jest to taplanie się w swojej przeszłości. Możecie powiedzieć, że jestem marzycielem, ale myślę, że tak na prawdę chodzi o to, że radość jednej osoby powoduje, iż druga nie potrafi być po prostu smutna. I choć z początku stara się bronić - w końcu i tak ulegnie.
poniedziałek, 9 września 2013
Dobry wieczór Szczecin,
Ciekawe jak człowiek powinien się witać w środku nocy - z jednej strony "Dzień Dobry" nie pasuje, "Dobry Wieczór" jakby na to nie patrzeć też nie - ani to dzień, ani wieczór, a "Dobranoc" wykorzystywane jest raczej na pożegnanie - trzeba by zapytać docenta Miodka - On na pewno by wiedział i coś na ten temat ciekawego powiedział - brakuje mi trochę jego programu w telewizji, która zaczyna być coraz bardziej ogłupiająca, aniżeli poszerzająca horyzonty.
Chociaż graniczny punkt jest coraz bliżej, czuję że nic nie robię aby go nie przekraczać - to jest naprawdę z jednej strony bolesne, z drugiej czuję, swego rodzaju, zachłyśnięcie życiową adrenaliną - której, chyba, jak każdy człowiek potrzebuję.
Usłyszałem dzisiaj zaskakujące stwierdzenie, które brzmiało mniej więcej tak: "to jak tworzenie historii". Parzyłem wtedy zafascynowany na tablicę pełną starych biletów koncertowych w "Szuflandii" słuchając lecących w tle Iron Maiden:
Nie - tekst nie zawiera ukrytego lokowania produktów - jest to doskonale widoczne. Popijając kolejne piwo słuchałem o tym, że na jedną osobę z nas, która ma jakieś perspektywy i cele w życiu przypada dwustu Panów Mietków, dla których jedynym priorytetem jest przygrzanie lub wypicie kolejnej butelki z nadzieją, że dzisiaj kurator go nie odwiedzi. Z jednej strony mile łechta to moje ego, z drugiej - zastanawiam się jakie priorytety może ledwie dwudziestoletni człowiek, który zależny od otoczenia trzyma się narzuconych z góry moralnych i etycznych zasad? Joshua! Jesteśmy na samym początku życia i naszym największym atutem jest to, że uważamy iż możemy zmienić świat - że możemy być opiniotwórczy - czy zdanie matury, zaliczenie studiów i posiadanie dobrze płatnej pracy jest tego wyznacznikiem? Być może... w mojej ocenie jest to przykre - tak samo jak ocena, że człowiek, który nie ma pewnego wykształcenia z góry jest odrzucany jako potencjalna "druga połówka" - to tak jakby ślepy facet odrzucał zezowatą dziewczynę - czysta hipokryzja.
Uważanie, że "pokorne ciele dwie matki ssie" dla mnie jest najczystszym przedstawieniem, że od najmłodszych lat uczą nas hipokryzji - jedno mówimy, drugie robimy, a trzecie myślimy. Długi czas tak myślałem, dopóki doświadczony już życiowo człowiek mi nie powiedział:
"Poczekaj piętnaście lat i zobaczymy czy będziesz mówił tak samo"
Przerażające jest to, że choć mogę mówić, że nie zmienię swoich poglądów - to wiem, że stanie w miejscu to cofanie się. Człowiek zmienia się przez całe swoje życie i razem z doświadczeniami, które przeżywa zmienia swoje poglądy.
Nastała już piękna polska jesień. Za kołnierz pada letni deszcz - lubię ten zapach, kiedy wiem, że zaraz liście zrobią się żółte lub czerwone i zaczną opadać. Po ziemi toczą się pierwsze kasztany, a dłoniach trzymamy jabłka zrywane prosto z nieswojej działki.
Jako iż jestem już studentem, pierwszy września kojarzy mi się już tylko i wyłącznie z kolejnymi rocznicami II Wojny Światowej, a nie odświętnym ubraniem się i czekaniem na apelu na słowa "Można się rozejść do swoich klas". Nie zmienia to faktu, że jestem coraz bardziej przerażony, że uważam, iż jestem daleko w przodzie przed ludźmi, którzy zatrzymali się na facebookowaniu i twittowaniu. Zastanawiam się czasami co taki człowiek powie w przyszłości kolejnemu pokoleniu młodzieży. W życiu żałuje się tylko tych rzeczy których się nie zrobiło, i nie chcę swojego życia marnotrawić na oglądaniu kolejnych zdjęć z "poprzedniej" imprezy i "lajkować" je. "Opiniotwórczość" też bywa zabawna, szczególnie na facebooku, twiiterze, blogach gdzie wypowiadają się ludzie, którzy na dany temat nie mają zielonego pojęcia, a czytelnicy, którzy też nie mają zielonego pojęcia o czym czytają tylko im przytakują.
Idąc tokiem myślenia, że stojąc cofamy się, to dlaczego do cholery sami się cofamy intelektualnie?! Nie każdy musi się interesować polityką, życiem społecznym i nie każdy musi mieć hobby. Ale internet, który miał być oknem na świat zamyka nam drzwi, i przekręca w nich klucz. Internet, który miał być wybawieniem dla kobiet w Pakistanie przed ukamienowaniem, który miał być nadzieją dla głodujących dzieci w Afryce i bezdomnych piesków, stał się bezpłatnym nośnikiem darmowej pornografii, podstawowym źródłem plotek o znajomych i bazą pełną śmiesznych/słodkich obrazków o małych kotkach.
Nie wiem gdzie jest trudność, aby zamiast iść do pubu upić się, spojrzeć na zwykłą tablicę, na którą ludzie naklejają bilety z koncertów, na których byli. I pomyśleć, że to wszystko jest tylko po to, aby coś przetrwało, zamiast podrzeć się w tylnej kieszeni jeansów. Ot, taki cel, by pamięć o pewnych zdarzeniach nie uciekła, niczym woda, pomiędzy naszymi palcami.
środa, 4 września 2013
Nowy program edukacyjny dla przedszkoli
Nowy program edukacyjny został wprowadzony razem z drugim września (w tym roku kwiat tego narodu miał jeden dzień wakacji dłużej).
Ale cóż to za kwiat kształcimy?! Pięcioletni chłopczyk schylający się po kwiatek i opowiadający o tym jakiej szminki użyje. Dziewczynki natomiast porzuciły już lalki i robiły wyścigi dookoła piaskownicy po czym jedna uderzyła drugą, bo ta oszukiwała. Oto co ja zobaczyłem przed oczami czytając artykuł na temat nowego programu wychowawczego dla przedszkoli.
Naprawdę jestem tolerancyjny, ale to przekracza moje najśmielsze granice wyobraźni. Rozumiem i zgadzam się z tym, że pewne nierówności są między facetem a kobietą, to widać na pierwszy rzut oka. Ale to nie tylko dlatego, że ona ma waginę, a on fallusa. Tylko dlatego, że od setek lat facet jest ciut większy i silniejszy niż piękniejsza strona naszego świata. Dlatego, to kobieta mężczyźnie oddawała rolę łapania zwierzyny - ona natomiast najlepiej pod słońcem ją gotowała dla całej armii bachorów - którą facet, jako (nie ma się co oszukiwać) duże dziecko, nie mógłby wychować bo wszyscy by się pozabijali podczas pierwszej zabawy.
A. Dzierzgowska, J. Piotrowska oraz E. Rutkowska nawoją: "Ideałem byłoby pewnie aseksualne przedszkole, w którym płeć nie istnieje, wszystkie dzieci są dla siebie "kolegami", a słów "chłopiec" czy "dziewczynka", "ona" lub "on" nie używa się wcale".
Wtfaaak?! Jak się nie używa wcale? Płeć jest - i tego nic nie zmieni. Od zarania dziejów! Bóg stworzył kobietę "Ewę" i mężczyznę "Adama". Natura stworzyła chromosomy XX oraz XY. Tego się nie da zmienić. Tak samo jak to, że nikła ilość chłopców lubi malowanie lalek i tak jak większość woli kopać piłkę. Od najmłodszych lat dla dziewczynek chłopiec jest "fuj". Najważniejsze jest jednak zachować jakąś racjonalność w tym wszystkim - jeżeli chłopiec chce się dołączyć do dziewczynek w pieczeniu ciasteczek - niech się tam do cholery bawi. Być może albo jest zniewieściały, albo jestem gejem, albo po prostu jest 100% samcem, który do cholery lubi gotować!
W pewnym przedszkolu Krakowskim przeczytano dzieciom bajkę w ramach "zrównywania płci" - gdzie Królewicz zamiast w Księżniczce zakochał się w... Księciu - dzieci zaskoczone wyborem doszły do wniosku, że prawdopodobnie wybrał go ponieważ był on przebrany za Królewnę.
Jak wspomniałem - jestem dość tolerancyjny, znam kilku homoseksualistów i są to naprawdę świetni goście, inteligentni z dobrymi ocenami na uczelni - ale dla mnie modelem rodziny zawsze Mama i Tata - tak już stworzyła nas natura i tak natura nie pozwoliła na to by w inny sposób urodzić potomstwo - temat Ich wiązania się ze sobą - zostawiam ich wyborowi. Tak długo jak Oni nie wciągają mnie do łóżka, ja nie zaglądam im w cztery ściany.
Pani Aniu, Joanno i Ewo - cieszę się, że tak dbacie o rozwój dzieci, o to aby były równe sobie, lecz mówienie, że płci nie ma oznacza, że muszą się panie jako pierwsze cofnąć do przedszkola. To że prawdopodobnie dawno nie miałyście styczności z facetem nie oznacza, że jesteśmy tacy źli. Czasami warto zostawić przeszłość, związaną prawdopodobnie z brakiem orgazmu, i pomyśleć kto wnosi wam torby po schodach, kto pracuje w kopalniach i kto dla Was - piękniejszej strony świata - pisze romantyczne wiersze. Kto jak nie czterech facetów z gitarami śpiewało "Najpiękniejsze są polskie dziewczyny", kto przesuwa kanapę przy każdym waszym pomyśle na przemeblowanie. Choć gdy widzę zdjęcia dwóch z tych pań - to rozumiem przynajmniej frustrację związane z brakiem darmowego termofora w łóżku. Z takimi pomysłami, bez papierowej torby na głowie i takim kastracyjnym podejściem do facetów - nie ma co liczyć na to, że ktoś może się po prostu przytulić w zimowy wieczór.
Bez problemu zgadzam się z tym, że edukacja seksualna jest potrzebna, ale do cholery nie w przedszkolu! Dzieci pierwszą PRAWDZIWĄ styczność pewnym "nasionkiem" seksualności poznaje tak naprawdę w szatni w szkole podstawowej przed wuefem. I myślę, że dopiero wtedy możemy mówić o próbach wytłumaczenia czym jest wagina, a czym siusiak. By takie dziecko nie kajało się za to, że nagle coś dziwnego się dzieje z organizmem. Tłumaczenie tego w drugiej połowie podstawówki i zakończenie w gimnazjum powinno uświadomić takie dzieciaki czym jest seks w innym aspekcie niż "Tatuś i Mamusia tak mocno się kochają, że przytulają się do siebie". Wspomnienie na początku szkoły ponadgimnazjalnej, gdzie dzieciaki czasami miały już kontakt z płcią przeciwną (niektórzy już seksualnie) inni poprzez pocałunek bądź szukanie zalążku biustu u takiej młodej damy, powinno już tylko przypomnieć o zabezpieczaniu, przyjemności i konsekwencjach uprawiania miłości (jak ja nie cierpię tego określenia - uprawiać? Co? Miłość? Uprawiać jak rolnik rolę - bo mnie z tym kojarzy się słowo "uprawa" - jak rolnik na traktorze jedzie orać swoje pole). Ale nauczenie zakładania siedmiolatka prezerwatywy - nie spowoduje, że będziemy mieli świadome i nowoczesne społeczeństwo. Na prawdę myślę, że to jest jak z wiarą w Świętego Mikołaja. Jest okres, gdzie dziecko w niego wierzy i taki, który rozumie, że rodzicom też trzeba kupić prezent pod choinkę. Na wszystko jest czas - dzieci w przedszkolu uczy się podstaw zachowań społecznych. Nie kradnie się zabawek i kredek, nie bije się, czeka w kolejce na huśtawkę - uczy się przede wszystkim szacunku wobec innych dzieci/ludzi. Nie chłopca wobec dziewczynki, nie dziewczynki wobec chłopca - tylko dzieci. I nie powinniśmy z tego powodu popadać w skrajność.
Na świecie jest dziewczynka i jest chłopiec (nie wchodźmy w szczegóły) - są więc różne płci i żadna chora feministka (polecam sprawdzić definicję feminizmu - ponieważ tutaj to słowo nie pasuje do pomysłu tych pań), żaden też szowinista też tego nie zmieni. Nie możemy zabierać dzieciom płci. A co najważniejsze. Nie powinniśmy zabierać rodzicom konstytucyjnego prawa wychowywania dzieci - art.48 oraz art.53 - mówiące kolejno:
"Rodzice mają prawo do wychowywania swoich dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami [dalej w skrócie ma to uwzględniać jego wolność wyznania, sumienia i przekonania]"
"Rodzice mają prawo do zapewnienia dzieciom wychowania i nauczania moralnego i religijnego zgodnie ze swoimi przekonaniami".
Kiedy usłyszałem o tym projekcie dzisiaj po raz pierwszy, myślałem, że jest to kiepski żart, po przeczytaniu sumy dofinansowania przez UE oraz aprobatę pani minister K.Szumilas (MEN) załamałem ręce. To nie jest żart - to jest wprowadzenie do życia szalonego scenariusza Latającego Cyrku Monty Pythona, gdzie paroletni chłopcy w sukienkach przypalają jajecznicę, pucują na klęczkach podłogę, a dziewczynki zmęczone po całym dniu pracy w kopalni wyciągają nogi, sięgają po piwo i znad gazety oglądają mecz - i mam nadzieję, że to tylko moja chora wyobraźnia.
Ale cóż to za kwiat kształcimy?! Pięcioletni chłopczyk schylający się po kwiatek i opowiadający o tym jakiej szminki użyje. Dziewczynki natomiast porzuciły już lalki i robiły wyścigi dookoła piaskownicy po czym jedna uderzyła drugą, bo ta oszukiwała. Oto co ja zobaczyłem przed oczami czytając artykuł na temat nowego programu wychowawczego dla przedszkoli.
Naprawdę jestem tolerancyjny, ale to przekracza moje najśmielsze granice wyobraźni. Rozumiem i zgadzam się z tym, że pewne nierówności są między facetem a kobietą, to widać na pierwszy rzut oka. Ale to nie tylko dlatego, że ona ma waginę, a on fallusa. Tylko dlatego, że od setek lat facet jest ciut większy i silniejszy niż piękniejsza strona naszego świata. Dlatego, to kobieta mężczyźnie oddawała rolę łapania zwierzyny - ona natomiast najlepiej pod słońcem ją gotowała dla całej armii bachorów - którą facet, jako (nie ma się co oszukiwać) duże dziecko, nie mógłby wychować bo wszyscy by się pozabijali podczas pierwszej zabawy.
A. Dzierzgowska, J. Piotrowska oraz E. Rutkowska nawoją: "Ideałem byłoby pewnie aseksualne przedszkole, w którym płeć nie istnieje, wszystkie dzieci są dla siebie "kolegami", a słów "chłopiec" czy "dziewczynka", "ona" lub "on" nie używa się wcale".
Wtfaaak?! Jak się nie używa wcale? Płeć jest - i tego nic nie zmieni. Od zarania dziejów! Bóg stworzył kobietę "Ewę" i mężczyznę "Adama". Natura stworzyła chromosomy XX oraz XY. Tego się nie da zmienić. Tak samo jak to, że nikła ilość chłopców lubi malowanie lalek i tak jak większość woli kopać piłkę. Od najmłodszych lat dla dziewczynek chłopiec jest "fuj". Najważniejsze jest jednak zachować jakąś racjonalność w tym wszystkim - jeżeli chłopiec chce się dołączyć do dziewczynek w pieczeniu ciasteczek - niech się tam do cholery bawi. Być może albo jest zniewieściały, albo jestem gejem, albo po prostu jest 100% samcem, który do cholery lubi gotować!
W pewnym przedszkolu Krakowskim przeczytano dzieciom bajkę w ramach "zrównywania płci" - gdzie Królewicz zamiast w Księżniczce zakochał się w... Księciu - dzieci zaskoczone wyborem doszły do wniosku, że prawdopodobnie wybrał go ponieważ był on przebrany za Królewnę.
Jak wspomniałem - jestem dość tolerancyjny, znam kilku homoseksualistów i są to naprawdę świetni goście, inteligentni z dobrymi ocenami na uczelni - ale dla mnie modelem rodziny zawsze Mama i Tata - tak już stworzyła nas natura i tak natura nie pozwoliła na to by w inny sposób urodzić potomstwo - temat Ich wiązania się ze sobą - zostawiam ich wyborowi. Tak długo jak Oni nie wciągają mnie do łóżka, ja nie zaglądam im w cztery ściany.
Pani Aniu, Joanno i Ewo - cieszę się, że tak dbacie o rozwój dzieci, o to aby były równe sobie, lecz mówienie, że płci nie ma oznacza, że muszą się panie jako pierwsze cofnąć do przedszkola. To że prawdopodobnie dawno nie miałyście styczności z facetem nie oznacza, że jesteśmy tacy źli. Czasami warto zostawić przeszłość, związaną prawdopodobnie z brakiem orgazmu, i pomyśleć kto wnosi wam torby po schodach, kto pracuje w kopalniach i kto dla Was - piękniejszej strony świata - pisze romantyczne wiersze. Kto jak nie czterech facetów z gitarami śpiewało "Najpiękniejsze są polskie dziewczyny", kto przesuwa kanapę przy każdym waszym pomyśle na przemeblowanie. Choć gdy widzę zdjęcia dwóch z tych pań - to rozumiem przynajmniej frustrację związane z brakiem darmowego termofora w łóżku. Z takimi pomysłami, bez papierowej torby na głowie i takim kastracyjnym podejściem do facetów - nie ma co liczyć na to, że ktoś może się po prostu przytulić w zimowy wieczór.
Bez problemu zgadzam się z tym, że edukacja seksualna jest potrzebna, ale do cholery nie w przedszkolu! Dzieci pierwszą PRAWDZIWĄ styczność pewnym "nasionkiem" seksualności poznaje tak naprawdę w szatni w szkole podstawowej przed wuefem. I myślę, że dopiero wtedy możemy mówić o próbach wytłumaczenia czym jest wagina, a czym siusiak. By takie dziecko nie kajało się za to, że nagle coś dziwnego się dzieje z organizmem. Tłumaczenie tego w drugiej połowie podstawówki i zakończenie w gimnazjum powinno uświadomić takie dzieciaki czym jest seks w innym aspekcie niż "Tatuś i Mamusia tak mocno się kochają, że przytulają się do siebie". Wspomnienie na początku szkoły ponadgimnazjalnej, gdzie dzieciaki czasami miały już kontakt z płcią przeciwną (niektórzy już seksualnie) inni poprzez pocałunek bądź szukanie zalążku biustu u takiej młodej damy, powinno już tylko przypomnieć o zabezpieczaniu, przyjemności i konsekwencjach uprawiania miłości (jak ja nie cierpię tego określenia - uprawiać? Co? Miłość? Uprawiać jak rolnik rolę - bo mnie z tym kojarzy się słowo "uprawa" - jak rolnik na traktorze jedzie orać swoje pole). Ale nauczenie zakładania siedmiolatka prezerwatywy - nie spowoduje, że będziemy mieli świadome i nowoczesne społeczeństwo. Na prawdę myślę, że to jest jak z wiarą w Świętego Mikołaja. Jest okres, gdzie dziecko w niego wierzy i taki, który rozumie, że rodzicom też trzeba kupić prezent pod choinkę. Na wszystko jest czas - dzieci w przedszkolu uczy się podstaw zachowań społecznych. Nie kradnie się zabawek i kredek, nie bije się, czeka w kolejce na huśtawkę - uczy się przede wszystkim szacunku wobec innych dzieci/ludzi. Nie chłopca wobec dziewczynki, nie dziewczynki wobec chłopca - tylko dzieci. I nie powinniśmy z tego powodu popadać w skrajność.
Na świecie jest dziewczynka i jest chłopiec (nie wchodźmy w szczegóły) - są więc różne płci i żadna chora feministka (polecam sprawdzić definicję feminizmu - ponieważ tutaj to słowo nie pasuje do pomysłu tych pań), żaden też szowinista też tego nie zmieni. Nie możemy zabierać dzieciom płci. A co najważniejsze. Nie powinniśmy zabierać rodzicom konstytucyjnego prawa wychowywania dzieci - art.48 oraz art.53 - mówiące kolejno:
"Rodzice mają prawo do wychowywania swoich dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami [dalej w skrócie ma to uwzględniać jego wolność wyznania, sumienia i przekonania]"
"Rodzice mają prawo do zapewnienia dzieciom wychowania i nauczania moralnego i religijnego zgodnie ze swoimi przekonaniami".
Kiedy usłyszałem o tym projekcie dzisiaj po raz pierwszy, myślałem, że jest to kiepski żart, po przeczytaniu sumy dofinansowania przez UE oraz aprobatę pani minister K.Szumilas (MEN) załamałem ręce. To nie jest żart - to jest wprowadzenie do życia szalonego scenariusza Latającego Cyrku Monty Pythona, gdzie paroletni chłopcy w sukienkach przypalają jajecznicę, pucują na klęczkach podłogę, a dziewczynki zmęczone po całym dniu pracy w kopalni wyciągają nogi, sięgają po piwo i znad gazety oglądają mecz - i mam nadzieję, że to tylko moja chora wyobraźnia.
poniedziałek, 26 sierpnia 2013
Sen jest dla słabych?
Rzekłbym, że sen jest dla słabych - coś w tym może być... przez ostatnie dwa lata powtarzam to na każdym kroku popijając kolejną szklankę whiskey, ewentualnie upijając łyk piwa.
Ale dopiero dzisiaj uświadomiłem sobie zupełnie inne znaczenie tego co mówiłem. I to nie dlatego, że jako młody człowiek powinienem czerpać z życia garściami - jak zawsze do tego podchodziłem. Wiem po prostu, że w śnie nie grozi mi nic złego. Jak przyśni mi się koszmar to z niewielkim bólem obudzę się rano i sięgnę po wymiętoloną paczkę papierosów leżącą na stoliku obok imitacji łóżka. Wolę jednak w moim legowisku rozciągnąć się - ewentualnie przytulić do przedstawicielki płci przeciwnej - i zasnąć z myślą, że przyśni mi się coś miłego.
To jest strasznie drażniące, gdy z każdym kolejnym dniem uświadamiam sobie jak bardzo nie lubię "FB", jak nie cierpię gdy ktoś w moim towarzystwie przegląda "Twittera". Czuję się się wtedy jakbym próbował robić krok do przodu - wyprzedzić to wszystko... z rozpaczą patrząc jak samemu ugrzęzłem codziennie wchodząc na niebiesko-biały portal społecznościowy. Może naprawdę przy kolejnym przypływie gotówki zakupię sobie maszynę do pisania, a laptopa schowam gdzieś pod ubrania i będę starał się o nim zapomnieć? Bawi mnie po trochu ta hipokryzja, chyba za bardzo lubię się też dzielić własnymi przemyśleniami - jak na tym cholernym blogu!?
Całkiem niedawno, ktoś mi przypomniał jak niegdyś byłem pełen romantyzmu. Zawsze mi to imponowało - w literaturze nie cierpiałem pozytywizmu: "Ciężka praca wyzwoli Nasz piękny kraj" - Gówno prawda! Po dwustu latach jedyne co się zmieniło, to to, że zamiast walczyć z zaborcami zwalczamy samych siebie. Kapitaliści w stylu pozytywistów - wyścigiem szczurów. Romantycy natomiast zamiast chwytać za szablę i karabin - łapią za kastety, maczety i szaliki swojej ukochanej drużyny.
W liceum imponowali mi romantycy z XVIIIw. - gotowi w każdej chwili zginąć lub napisać wiersz dla swojej ukochanej. Lecz dopiero niedawno myśląc nad odpowiedzią pomyślałem, że nie jestem już cholernym romantykiem, odszedłem też chyba od zarzucanego mi dekadentyzmu... po prostu we mnie są ogromne pokłady niespełnionego romantyzmu - którego nie mam komu przelać... przelewam więc butelkę, a romantyzm na papier.
Ale dopiero dzisiaj uświadomiłem sobie zupełnie inne znaczenie tego co mówiłem. I to nie dlatego, że jako młody człowiek powinienem czerpać z życia garściami - jak zawsze do tego podchodziłem. Wiem po prostu, że w śnie nie grozi mi nic złego. Jak przyśni mi się koszmar to z niewielkim bólem obudzę się rano i sięgnę po wymiętoloną paczkę papierosów leżącą na stoliku obok imitacji łóżka. Wolę jednak w moim legowisku rozciągnąć się - ewentualnie przytulić do przedstawicielki płci przeciwnej - i zasnąć z myślą, że przyśni mi się coś miłego.
To jest strasznie drażniące, gdy z każdym kolejnym dniem uświadamiam sobie jak bardzo nie lubię "FB", jak nie cierpię gdy ktoś w moim towarzystwie przegląda "Twittera". Czuję się się wtedy jakbym próbował robić krok do przodu - wyprzedzić to wszystko... z rozpaczą patrząc jak samemu ugrzęzłem codziennie wchodząc na niebiesko-biały portal społecznościowy. Może naprawdę przy kolejnym przypływie gotówki zakupię sobie maszynę do pisania, a laptopa schowam gdzieś pod ubrania i będę starał się o nim zapomnieć? Bawi mnie po trochu ta hipokryzja, chyba za bardzo lubię się też dzielić własnymi przemyśleniami - jak na tym cholernym blogu!?
Całkiem niedawno, ktoś mi przypomniał jak niegdyś byłem pełen romantyzmu. Zawsze mi to imponowało - w literaturze nie cierpiałem pozytywizmu: "Ciężka praca wyzwoli Nasz piękny kraj" - Gówno prawda! Po dwustu latach jedyne co się zmieniło, to to, że zamiast walczyć z zaborcami zwalczamy samych siebie. Kapitaliści w stylu pozytywistów - wyścigiem szczurów. Romantycy natomiast zamiast chwytać za szablę i karabin - łapią za kastety, maczety i szaliki swojej ukochanej drużyny.
W liceum imponowali mi romantycy z XVIIIw. - gotowi w każdej chwili zginąć lub napisać wiersz dla swojej ukochanej. Lecz dopiero niedawno myśląc nad odpowiedzią pomyślałem, że nie jestem już cholernym romantykiem, odszedłem też chyba od zarzucanego mi dekadentyzmu... po prostu we mnie są ogromne pokłady niespełnionego romantyzmu - którego nie mam komu przelać... przelewam więc butelkę, a romantyzm na papier.
czwartek, 8 sierpnia 2013
Jak ten czas leci - a autobus życia jedzie dalej i na nikogo nie czeka...
Leci i leci... i na nikogo nie czeka. Jak pociąg w znanej piosence.
Na sam początek krótkie wytłumaczenie dlaczego nie pisałem - rzecz jasna, jako grafomana i miłośnika wylewania myśli poprzez litery mnie to nie powinno tłumaczyć, ale spróbuję podjąć chociaż próbę:
"Zostałem przygnieciony sprawami życia codziennego" - tak samo tłumaczę to znajomym, którzy do mnie dzwonią z pytaniem czy w ogóle jeszcze żyję - żyję, lecz oglądanie telewizji informacyjnej, granie w szachy przez internet i nauka na studia kosztuje zdecydowanie za dużo czasu.
Powiem szczerze - wiem co się dzieje w Polsce i na świecie, lecz jakiś czas temu zrozumiałem jak bardzo męczące jest bycie na bieżąco z każdą informacją z każdym chędożonym szczegółem.
Czy Snowden znajdzie azyl czy nie znajdzie, czy Rosja (czyli jakby na to nie patrzeć - Putin) przyjmie go czy nie. Jak zareaguje Obama, czy szczyt we wrześniu USA-Rosja się odbędzie czy nie... ja pierdziele. Jakbym naprawdę nie miał nic lepszego do roboty tylko sprawdzanie takich informacji.
Obliczyłem, że dziennie - aby spełnić takie wymogi jakie na siebie narzuciłem - spędzałem nad sprawdzaniem i czytaniem tylko takich informacji lekko około półtora godziny.
Życie jest chyba za krótkie aby ciągle sprawdzać czy znajdą zwłoki 14-latka który utopił się w Warcie (dzisiaj znaleźli). Takie życie jest zdecydowanie ponad moje siły - oczywiście wciąż interesuje się pewnymi tematami - w dużej mierze problemy społeczne typu multi-kulti. Teraz jednak zagłębiam się w odmęty muzyki.
Żartobliwie można byłoby rzecz, że działam na zlecenie tajnych służb i sprawdzam informacje o moich znajomych na fb. Ale nie jest to do końca prawda - sami mi je podrzucają.
Usłyszałem ostatnio, że kiedyś ten świat był zupełnie inny - nie prawda. Świat jest wciąż taki sami. Zasady gry się nie zmieniają - tylko gracze przychodzą i odchodzą.
Czasami człowiek próbuje stanąć na parę chwil w miejscu i odetchnąć - ale autobus życia jedzie dalej i na nas nie czeka. Wyraźnie ma nas w d...
Także podsumowując - jaki zgrabny akapit mi wyszedł. Szkoła ma jednak swoje zalety - nauczyła mnie kończyć własne monologi. Wracając do tematu: Wrócę do tego bloga - niekiedy już tylko komentując tak naprawdę problemy związane stricte z polityką, myślę bardziej nad relaksacyjnym pisaniem... cóż - pisanie mnie po prostu uspokaja.
Na sam początek krótkie wytłumaczenie dlaczego nie pisałem - rzecz jasna, jako grafomana i miłośnika wylewania myśli poprzez litery mnie to nie powinno tłumaczyć, ale spróbuję podjąć chociaż próbę:
"Zostałem przygnieciony sprawami życia codziennego" - tak samo tłumaczę to znajomym, którzy do mnie dzwonią z pytaniem czy w ogóle jeszcze żyję - żyję, lecz oglądanie telewizji informacyjnej, granie w szachy przez internet i nauka na studia kosztuje zdecydowanie za dużo czasu.
Powiem szczerze - wiem co się dzieje w Polsce i na świecie, lecz jakiś czas temu zrozumiałem jak bardzo męczące jest bycie na bieżąco z każdą informacją z każdym chędożonym szczegółem.
Czy Snowden znajdzie azyl czy nie znajdzie, czy Rosja (czyli jakby na to nie patrzeć - Putin) przyjmie go czy nie. Jak zareaguje Obama, czy szczyt we wrześniu USA-Rosja się odbędzie czy nie... ja pierdziele. Jakbym naprawdę nie miał nic lepszego do roboty tylko sprawdzanie takich informacji.
Obliczyłem, że dziennie - aby spełnić takie wymogi jakie na siebie narzuciłem - spędzałem nad sprawdzaniem i czytaniem tylko takich informacji lekko około półtora godziny.
Życie jest chyba za krótkie aby ciągle sprawdzać czy znajdą zwłoki 14-latka który utopił się w Warcie (dzisiaj znaleźli). Takie życie jest zdecydowanie ponad moje siły - oczywiście wciąż interesuje się pewnymi tematami - w dużej mierze problemy społeczne typu multi-kulti. Teraz jednak zagłębiam się w odmęty muzyki.
Żartobliwie można byłoby rzecz, że działam na zlecenie tajnych służb i sprawdzam informacje o moich znajomych na fb. Ale nie jest to do końca prawda - sami mi je podrzucają.
Usłyszałem ostatnio, że kiedyś ten świat był zupełnie inny - nie prawda. Świat jest wciąż taki sami. Zasady gry się nie zmieniają - tylko gracze przychodzą i odchodzą.
Czasami człowiek próbuje stanąć na parę chwil w miejscu i odetchnąć - ale autobus życia jedzie dalej i na nas nie czeka. Wyraźnie ma nas w d...
Także podsumowując - jaki zgrabny akapit mi wyszedł. Szkoła ma jednak swoje zalety - nauczyła mnie kończyć własne monologi. Wracając do tematu: Wrócę do tego bloga - niekiedy już tylko komentując tak naprawdę problemy związane stricte z polityką, myślę bardziej nad relaksacyjnym pisaniem... cóż - pisanie mnie po prostu uspokaja.
sobota, 9 lutego 2013
yes-yes-yes! - bis
Premier D.Tusk może się popisać niemałym sukcesem - obietnica wyborcza została spełniona w 110% - dziennikarze, politycy i miłośnicy polityki wczoraj świętowali nie tylko początek weekendu - ale tak samo jak u mnie żartobliwie wznosiliśmy toasty za premiera i ekipę walczącą o dofinansowanie dla Polski.
Myślę, że podziękować trzeba nie tylko rządowi, lecz - w mojej ocenie - opozycji, która zachowała się rasowo i tak jak w mojej ocenie opozycja powinna się zachować - puściłem już posiniałe kciuki z ulgą i radością. Myślę, że jest to godne podziwu i szacunku, że na okres walki o nowy budżet walka na arenie lokalnej została wstrzymana - zachowaliśmy się jak na państwo demokratyczne przystało. Ba! I myślę, że można tutaj mówić o prawdziwej demokracji skonsolidowanej, a nie raczkującej od 20 lat.
Teraz wsłuchując się w głos polskiego prezydenta, przyłączam się do Jego podziękowań o do sił wspierających rząd.
Mam nadzieję, że premier zmieni koszulę, zamiast kłaść się na tapczanie położy się w łóżku i nie będzie się przejmował tym, że szef kancelarii - T.Arabski - głośno chrapie.
Jeszcze raz przyłączam się do gratulacji - życzę udanego (i krótkiego) odpoczynku - dzisiaj odpuszczę sobie krytykowanie rządu - ponieważ uważam, że naprawdę zasługują na krótki odpoczynek :)
Myślę, że podziękować trzeba nie tylko rządowi, lecz - w mojej ocenie - opozycji, która zachowała się rasowo i tak jak w mojej ocenie opozycja powinna się zachować - puściłem już posiniałe kciuki z ulgą i radością. Myślę, że jest to godne podziwu i szacunku, że na okres walki o nowy budżet walka na arenie lokalnej została wstrzymana - zachowaliśmy się jak na państwo demokratyczne przystało. Ba! I myślę, że można tutaj mówić o prawdziwej demokracji skonsolidowanej, a nie raczkującej od 20 lat.
Teraz wsłuchując się w głos polskiego prezydenta, przyłączam się do Jego podziękowań o do sił wspierających rząd.
Mam nadzieję, że premier zmieni koszulę, zamiast kłaść się na tapczanie położy się w łóżku i nie będzie się przejmował tym, że szef kancelarii - T.Arabski - głośno chrapie.
Jeszcze raz przyłączam się do gratulacji - życzę udanego (i krótkiego) odpoczynku - dzisiaj odpuszczę sobie krytykowanie rządu - ponieważ uważam, że naprawdę zasługują na krótki odpoczynek :)
niedziela, 13 stycznia 2013
Wielka Orkiestra Jurka Owsiaka
Dziennikarz, showman, działacz charytatywny - takie określenia zostały użyte na wikipedii do opisania Jerzego Owsiaka.
Akcja znana w połowie europy i chwalona. Co roku zbiera miliony złotych aby zafundować dzieciom to, co powinno dać nam państwo - zdarza się.
Rodziny wychodzą z dziećmi na spacer, aby te wrzuciły złotówkę do puszki i nakleiły sobie czerwone serduszko na kurtkę.
Odnoszę jednak wrażenie, że teraz nie wrzuca się owej "złotówki" tylko z dobroci serca - choć nikt temu nie zaprzeczy. W pewnym sensie kto nie nosi w trzecim tygodniu stycznia czerwonego serduszka może czuć się wyalienowany ze społeczeństwa. Ba! Ktoś kto nie wrzucił choć grosza do puszki może czuć się po prostu "głupio".
Choć "Orkiestra..." będzie grała do końca świata i jeden dzień dłużej zastanawiam się co będzie, gdy J.Owsiaka nie będzie? Człowiek który dyryguje Całą tą orkiestrą... tworzy ją tak naprawdę!
Myślę, że Czerwone Serduszka dalej będą rozdawane... ale czy wciąż będziemy bili co roku kolejne rekordy zbieranych funduszy? Obyśmy jak najdłużej nie musieli się o tym przekonywać.
Teraz powinniśmy się cieszyć - w momencie pisania jest już zebrane 36mln. zł. a jeszcze nie wszystkie aukcje się skończyły.
Powinniśmy się cieszyć jeszcze tym, że WOŚP wszedł już w pewien rodzaj "święta narodowego", gdzie wszyscy przyklejamy Czerwone Serduszko i dumnie wypinamy pierś.
Akcja znana w połowie europy i chwalona. Co roku zbiera miliony złotych aby zafundować dzieciom to, co powinno dać nam państwo - zdarza się.
Rodziny wychodzą z dziećmi na spacer, aby te wrzuciły złotówkę do puszki i nakleiły sobie czerwone serduszko na kurtkę.
Odnoszę jednak wrażenie, że teraz nie wrzuca się owej "złotówki" tylko z dobroci serca - choć nikt temu nie zaprzeczy. W pewnym sensie kto nie nosi w trzecim tygodniu stycznia czerwonego serduszka może czuć się wyalienowany ze społeczeństwa. Ba! Ktoś kto nie wrzucił choć grosza do puszki może czuć się po prostu "głupio".
Choć "Orkiestra..." będzie grała do końca świata i jeden dzień dłużej zastanawiam się co będzie, gdy J.Owsiaka nie będzie? Człowiek który dyryguje Całą tą orkiestrą... tworzy ją tak naprawdę!
Myślę, że Czerwone Serduszka dalej będą rozdawane... ale czy wciąż będziemy bili co roku kolejne rekordy zbieranych funduszy? Obyśmy jak najdłużej nie musieli się o tym przekonywać.
Teraz powinniśmy się cieszyć - w momencie pisania jest już zebrane 36mln. zł. a jeszcze nie wszystkie aukcje się skończyły.
Powinniśmy się cieszyć jeszcze tym, że WOŚP wszedł już w pewien rodzaj "święta narodowego", gdzie wszyscy przyklejamy Czerwone Serduszko i dumnie wypinamy pierś.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
