No i proszę - 11.11. minął i Polska jak stała tak stoi. Choć stolica trzęsła się i płonęła, nasi rodacy jednak dzielnie wyrywali lewackie drzewa i pedalski bruk. Narodowcy radośnie rzucali racami i koktajlami Mołotowa. Można by rzec jednogłośnie - i nie mówię tutaj o "Rocie" (Konopnica w grobie się przewraca) - lecz sceny z ekranu bardziej przypominały mi refren "Burn motherfucker, burn" zespołu Bloodhound Gang. Dla mnie cała ta tęcza nie ma większego znaczenia - nie jestem mieszkańcem Wawy i nie wypowiadam się nad jej walorami estetycznymi. Myślę, że smętna spalona tęcza jest bardziej symbolem tegorocznygnych obchodów Święta Narodowego. Jest to święto, do którego bardziej podchodzę "może tym razem" - ale chyba jestem tylko coraz starszy i wciąż tak samo naiwny. Nie rozumiem, dlaczego 14 lipca w Francji cały naród obchodzi te święta i nic się nie dzieje? Dlaczego wtedy nikt nie czepia się muzułmanów? Albo czarnych? Dlaczego na św. Patryka Irlandczycy nie walczą z Anglikami? Dlaczego nagle IRA nie wyskakuje w środku Londynu z karabinami? Dodatkowo te święto łączone jest z piwem! A ponoć alkohol wzmaga agresję. Powiem szczerze, że tego sobie nie wyobrażam w polskich warunkach. Na dobicie można podać USA i 4 lipca. Wielkie święto obchodzone hucznie, a co najważniejsze - wspólnie. Dlaczego nie można kłócić się, bez żadnego walenia się po mordach? Można, tylko w wąskim gronie swoich znajomych, gdzie poglądy już dość dobrze znane i nie ma z kim się, do cholery, pokłócić.
Narodowcy odnoszą się do 11 listopada, jakby mieli to kiedyś zapisać w kartach historii:
"Listopad 13" - tłum ludzi wyszedł na ulicę skandować. Nie obyło się bez potyczek aparatu władzy z młodzieżą. Potyczki trwały całą noc. Jednocząc się jednak, odzyskali niepodległość". Być może to tylko moje spaczenie z referatów jakie ostatnio pisałem.
Prawda jest taka, że gdybyśmy żyli teraz w totalitarnym państwie, przeciwko nim naprawdę by wytoczono wojsko i pozamykano w więzieniach. Cały ONR zostałby rozbity, a studenci powylatywali by z uniwerków. Opozycji związano by ręce, a w kinie zamiast 15 minut reklam puszczaliby Kronikę Filmową.
Myślę, że rozumiem, że przez cały rok mogą się gryźć jedni z drugimi, że mogą krzyczeć, blokować i strajkować - ale naprawdę, choć jeden raz w roku, marzyłbym abyśmy wszyscy stanęli pod jednym sztandarem, zamiast wyrywać go sobie kto jest większym i lepszym patriotą.
Drugi temat jaki mnie ostatnio zaintrygował to: "kupka wstydu" - brzmi zabawnie? Ale moralnie dobija do podłogi i nie pozwala się ruszyć. Po raz pierwszy z tym wyrażeniem spotkałem się na blogu Krzysztofa Gonciarza. Chociaż sam nie mam takiego stosu gier, ponieważ kupuję takowe raz na dwa/trzy lata, ale moja "kupka książek" patrzy na mnie smętnie - a tutaj dochodzą jeszcze periodyki, które muszę na bieżąco przerabiać. Dla mnie taką książką, która niestety leży na takim stosiku to taka, którą zacząłem, a nie skończyłem, a po drodze wpadła mi w ręce kolejna - ponieważ pierwszej nie miałem pod ręką:
1. "Witamy w Hawanie, Seňor Hemingway" A.J. Estrada - niecałe 100 stron przeczytane. Historia jest prosta, dziadek opowiada wnukowi, jak raz na swojej rodzinnej Kubie dał w mordę E.Hemingwayowi. Tak dokładnie mu. Kupiłem tą książkę na dworcu PKP w Poznaniu, czekając na pociąg do Szczecina, za 10 zł. Aktualnie czeka na "swój czas i miejsce".
2. "Coś z Nightside" - S.R. Gren - zawsze jak zajrzę do tej książki to mnie po prostu wciąga na cały rozdział. Głównym bohaterem jest detektyw z Londynu, który schodzi do najgorszej, demonicznej dzielnicy, w której żyją tylko upalki, po to aby odnaleźć córkę na gigancie bogatej pięknej damy. Klimat rodem z filmów z H. Bogartem bądź książek Chandlera pomieszanych z Mary Shelley.
3. "Paragraf 22" J. Hellera - co to za książka! Niesamowicie się ją "nadgryza", odnajdując w niej tak ukrytą absurdalną rzeczywistość, że to jest dosłownie śmiech przez łzy i niedowierzanie. Akcja dzieje się w garnizonie lotników we Włoszech w 1944r.
4. "Brudna robota" Ch. Moore - główny bohater dostaje robotę kostuchy. Właściwie, to tą książkę tylko zacząłem, ale czytając ją miałem wrażenie, jakby książkę napisał Woody Allen.
5. Czyli ostatnia książka z "kupki wstydu" - "Wyżej podnieście strop, cieśle. Seymour: Wstęp" J.D. Salingera - i właściwie jak to u Salinger'a, książka o podróży, otaczającym świecie, refleksjach na jego temat. Niezwykle intrygujące dzieło... ale...
Właściwie to wszystkie są wciągające (oprócz Witamy na Hawanie... - z tym chyba po prostu nie trafiłem). Ale niedobór czasu, laptop, muzyka... mam jeszcze malutki stosik płyt winylowych, które czekają na odsłuchanie. W ciągu godziny dostajemy więcej informacji niż nasi dziadkowie przez całe życie, to jest okrutny fakt, dlatego właśnie "nadgryzam" te książki. Pod nos podstawiamy coraz to nowsze książki , muzykę bądź filmy, a czas się nie skurczy. Nie będziemy mieli więcej godzin w ciągu doby. I właśnie tym sposobem każdy z nas ma swoją własną "kupkę wstydu" - dostając nowe ciekawsze rzeczy, a nie mając czasu na stare - które wciąż kuszą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz