Nadszedł Armagedon. Koniec świata. Wyrwałem ostatnią kartkę z kalendarza. Ale świat się nie złamał w pół. Nie rozbił się na milion kawałków by zostać porwanym przez kosmiczny wiatr we wszystkie strony wszechświata. Nikt, w sumie, nawet nie zwrócił na to uwagi.
Z koszmaru obudził mnie płacz. Myślałem, że to płacz dziecka, ale wydawał mi się zbyt samoświadomy jak na dziecięcy skowyt. Jednak tonacja jego naiwności i wiara, że wszystkie gwiazdy chociaż raz ułożą się w tej idealnej konstelacji - upewniła mnie, że to tylko dziecko. Ten dzień musiał się udać idealnie. Nieświadomy jeszcze, że to nie jest najlepsza pora aby w szlafroku wychodzić na balkon z kawą przed 8 rano, zacząłem myśleć o wpisie na ten blog. Nie napisałem tutaj nic przez cały okres posiedzeń na balkonie. Przez przez ostatnie 2 lata dałem tylko jeden wpis. Myślę, że zebrałem wystarczającą ilość dobrych historii i puent na tematy przeróżne, jednak zawsze wracam tutaj gdy w moim scenariuszu wszystko się wali.
Wstaję z łóżka ogłuszony i oślepiony nie wiedząc co się dzieje. Skąd dobiega ten cholerny płacz? Przecież jestem w mieszkaniu sam. Wychodzę z sypialni. Szloch nie ustaje - w całej przestrzeni mieszkania nie ma żadnego innego dźwięku, oprócz kroku moich bosych stóp po kafelkach i płaczu dziecka. No tak. Znalazłem źródło, dochodzi z toalety - z okienka na komin grawitacyjny. Uroki mieszkania w bloku. Na chwilę przed pociągnięciem za sznurek by zamknąć przepływ powietrza i dźwięków, lament ucichł. Co za pobudka. łeb mnie bolał od nieprzespanej nocy. Spojrzałem na muszlę - hm, skoro już tutaj jestem.
Zegar wskazuje godzinę 6:54. Rano. Wyśmienicie. Do pracy mam na 19.
Nie usnę. Nie mogę. W sypialni spowija mnie pełen mrok. Czy to w takich ciemnościach można spotkać Charlie? Przekręcam się z boku na bok. Włączam telefon - 7:35 - cudownie, pół godziny przekręcania się z boku na bok w łóżku i walki demonami. Wstaję z łóżka. Tym razem spokojnie, nieniepokojony żadnym płaczem. Po ubraniu udałem się prosto do kuchni. Nastawiłem wodę na kawę. W lodówce mam mleko bez laktozy, jedno z odkryć ostatnich dwóch lat. Podczas apokalipsy może się przydać jako towar luksusowy. Przykładam nos, pachnie dobrze. Dla pewności upijam łyk. Jeszcze dzień wytrzyma.W lodówce jest jeszcze drugie, zamknięte mleko i po zastanowieniu się - w pracy mam jeszcze jeden otwarty kartonik mleka...Także kości mam zdrowe w cholerę.
Z każdym kolejnym łykiem kawy czułem jak umieram, powoli budząc się z zaspania.
Na balkonie było deszczowo. Niebo się ukryło przed naszymi oczami. Zatrwożone słońce zgasło przed moimi oczami. Ale gdzie komety? Gdzie Jeźdźcy? Kto zgubił Baranka o 6 oczach i 6 rogach? Powinno być zombie? Szybko ukryłem się przerażony do środka wraz z kubkiem. To jest apokalipsa. I to przeświadczenie będzie mi towarzyszyć do końca tej historii. Chyba pękło mi serce, lecz ciepły napój uspokaja mnie jakbym łykał środek uspokajający. Z każdym kolejnym przełknięciem zapadam się w twardą kanapę.
Bo koniec tej historii, a może tajemnica jego zakończenia, wydaje się być najbardziej przerażająca. Bez kompasu, kierunku i bez znajomości astrologii - znów trzeba wyznaczyć cel. Tylko jak, kiedy cały świat dookoła stracił cel egzystencji. Bez pojęcia gdzie iść i gdzie się podziać. Za wszystkie decyzje ostatecznie i tak ponieść odpowiedzialność - bez względu na to czy czoło jest uniesione wysoko czy klęczymy na podłodze próbując się nie zadławić słonymi łzami. Zakładając, że śmierć nie jest żadnym rozwiązaniem - pozostaje i tak tylko wstać z kolan, po raz kolejny, kolejnego dnia zrobić kawę i próbować przetrwać. Człowiek może zwijać się z bólu, łkać i prosić Boga o wybaczenie, lecz chociaż nikt nie zdążyć zadać żadnych pytań - odpowiedź została podana - Czas się nie cofnie nawet o 5 minut, wstajesz i idziesz dalej, albo zostajesz w tym miejscu gdzie zwinąłeś się w kłębek i giniesz, pochłonięty przez hordę już dawno umarłych koszmarów.
Najłatwiej przetrwać w samotności - tak podają poradniki survivalowe. Na polowaniach wystarczy zatroszczyć się o pokarm dla samotnej jednostki, papieru toaletowego wystarczy na dłużej, lekarstw nie trzeba dzielić i szybciej się będzie maszerować. Dalej bez kompasu, byle przed siebie.
Jednak bez względu na to jakim zagrożeniem są ludzie w trakcie apokalipsy - i tak ostatecznie lgniemy do siebie. Po zdaniu kilku egzaminów na zaufanie ostatecznie łączymy się w grupy wspomagając towarzyszy swoją unikalną umiejętnością, która w jednym z odcinków pomoże wszystkim przetrwać. Chociaż zdajemy sobie sprawę, z całej bezsensowności i zniszczenia otaczającego nas świata to i tak co noc wolimy karmić koszmary, aniżeli swoją śmiercią pchnąć fabułę do przodu. Zapatrzeni w to jak bohaterowie radzą sobie w sztuce przetrwania - zapominamy jaki jest ostatecznie cel całej tej historii. Nie są to przygody i zagadki, ani ocieranie się o śmierć. Tylko stworzenie czegoś normalnego na końcu. Namiastki świata, z którego zostali wyrwani, przywrócenie wiary w dobro, zaufanie i miłość.
Brzmi to tak patetycznie jakbym był po seansie musicalu The Walking Dead.
Chociaż lepiej by brzmiało "Da Da Die".
W takim musicalu, bohater najpierw by wyśpiewywał wszystkim, że każdy ma prawo do życia. Że słońce codziennie wschodzi na wschodzie i zachodzi na zachodzie. Uratowałby jakąś pannę, zakochaliby się w sobie, po czasie by się okazało, że uratował księżniczkę. Wszyscy wspólnie by śpiewali, że świat trwa. Gdzieś w połowie historii siedziałby na drzewie, dookoła wszędzie tańczą i śpiewają hordy zombiaków. On chwilę wcześniej oddał swoje życie, by Ona mogła mogła wyrwać się z jakiejś pułapki i przetrwać. Siedząc na gałęzi i słuchając zapętlonego refrenu śpiewających zombie, On zrozumiał swój błąd, zrozumiał sens istnienia, pogodziłby się ze swoim żywotem i oddał w ręce umarłych. Potem pod zamkiem, pod oknem śpiewałby (już jako zombie) swojej ukochanej (wraz z trupą meksykańskich grajków-zombie) piękny kawałek o tym, że każdy ma prawo do śmierci. Ona, w uniesieniu miłości przyłączyłaby się do refrenu, wypadła przez okno i oddała się w jego ręce - on by ją zjadł (wraz z tą trupą), a potem żyli by wspólnie tak długo, aż ich ciała się nie rozłożą.
Taki happy end na koniec musicalu, gdzie cała ludzkość zamienia się w truposzy.
Podsumowując. Przetrwam apokalipsę. Musimy przetrwać. W świecie w którym nie ma śpiewających zombie - nie ma alternatywy.