piątek, 16 grudnia 2016

Wojowniczy Klub Pogromców Każdej Niewiasty

Mam pewnego znajomego M.K. który bardzo często nawiązuje do tematu podrywania kobiet. Nic w tym dziwnego zajmuje się przecież tym zawodowo - m.in. prowadzi płatne szkolenia z "Utrzymania flow z dziewczyną". Przekuł fascynację w pieniądz - nie jestem pewien czy Mihály dokładnie to miał na myśli kiedy opisywał tą koncepcję.
M.K. kiedy wchodzi do klubu ze swoimi znajomymi jest typem ubranym elegancko-luzacko, który opowie Ci jak ciężko trenuje, gra na gitarze, ile przebiegł, że zna kogoś kto zna kogoś, jakim autem będzie jeździł w przyszłości oraz jak bardzo lubi motywację. Z czystą przyjemnością i radością zmotywuje Cię do działania, ale nie tu i teraz, lecz... w życiu.

Pamiętajcie, w życiu trzeba być zmotywowanym - napisał w swojej książce "Jak zarobić milion baksów i się zmotywować" Pewien-Znany-Ktoś, to moje hasło, dobre nie?

W mieście w którym mieszkam jest pewien klub, którego zasadą jest to aby o nim nie mówić. Swego czasu na bulwarach dostałem propozycję dołączenia, ale odmówiłem, więc zasada ta mnie chyba nie dotyczy. Dlaczego odmówiłem? Bo nie podchodzę do tego tematu w kategoriach sportu.
Nie chcę wnikać czy jest tam jakaś rywalizacja, a jeżeli jest to po własnych obserwacjach - wydaje mi się, że można ją włożyć w kategorię "zdrowej rywalizacji i wzajemnego motywowania się"
Jednak wydaje mi się, że wyliczanie do ilu dziewczyn się zagadało, opisywanie jakich tekstów się użyło by podtrzymać flow i pójście sobie dalej ot tak, aby podejść do innych lasek - jest dla mnie po prostu.... no kurwa, dziwne. Całe clou sprowadza się do poznawania nowych dziewczyn.
W tym celu klub ten zbiera swoją ekipę w centrum handlowym i klucząc w luźnej sforze wybierają sobie do której dziewczyny zagadają. Nie wiem - rzucają kostką albo ciągną sobie za-pałki. Oczywiście cieszę się, że chłopcy się uspołeczniają i tworząc kluby rozwijają "undergroundową" stronę miasta. Tylko nie wiem czy jest to najlepsza droga do osiągnięcia celu jaki sobie zaplanowali.
Dodawania sobie paru centymetrów do kutasa ponieważ zagadało się do laski czy kilku lasek jest lichym challengem.

Jest to oczywiście otwietanie kolejnych "horyzontów", może ta następna będzie tą wybranką.  Odpowiem Ci na to - nie będzie, a to dlatego, że ruszysz za kolejnym challengem.

Sprowadzanie relacji damsko-męskich do couchingu i kilku wkutych na blachę formułek wydaje mi się uwłaczające. Zarówno dla intelektualnych ameb, które to łykają (później dosłownie), jak i dla tych chłopców, którzy nie potrafią wysilić się na minimum kreatywności oraz szczerości przed samym sobą. Nie da się poznać Kobiety, ani tego jak ją poderwać - trzeba poznać Jej osobowość. Warto jednak od razu tutaj zaznaczyć, że prawdziwe Kobiety w XXI wieku są już jednak rzadkością. (Przynajmniej w mojej okolicy)
Nie chcę tutaj promować feminizmu, ale traktowanie kobiet jak do kolejnego wyzwania jest w mojej ocenie uprzedmiotowieniem takiego dziewcza (sic!). Oczywiście z mojego męskiego punktu widzenia - nie raz dziewczyny same się nakręcają na taki styl prowadzenia dialogu. I jest to coś więcej niż przemilczenie kontrowersyjnego żarciku. Intryguje mnie to, że same to podtrzymują. Najbardziej jednak irytujące w tym jest to, kiedy takie dziewczę było twarde w gadce, a kiedy przychodzi co do czego to okazuje się, że nie ma zielonego pojęcia o czym wcześniej mówiła. Co ostatecznie prowadzi do tego, że traktowana jest jak zabawkę. (tudzież "kłodę" przyp. aut.)

Nie chcę tutaj też szufladkować, bo znam jedną Komando-Woman, która takiego M.K. wgniotła by w ziemię swoim glanem, przetargała po nim swojego Harleya i oświadczyła, że wystarczy jej tylko jedna pizda, ta którą ma. (tekst autentyk K.W.) To jest ten typ kobiety, która za próbę potraktowania się jak psa Pawłowa ukręca jaja. Więc polecam unikać drobnej dziewczyny w kurtce na motor - to tylko pozory.
Z drugiej strony, A.P. to typ dziewczyny, która aż się prosi aby podejść i wykorzystać na niej wszystkie znane/sztampowe teksty na podryw. Biorąc pod uwagę jej miłość do smacznego posiłku najprościej będzie:
- Idziemy na kotleta?
- Jasne!
Potem już jest tylko z górki: odprowadzasz do domu, sakramentalne zaproszenie na kawę o 1 w nocy i wychodzisz bladym świtem, nim Jej rodzice się obudzą lub chłopak wróci z pracy.

Sam oczywiście nie mam nic do zagadywania do dziewczyn, sam lubię otwierać nowe znajomości i nigdy nie miałem z tym większych problemów. Kobiety mnie fascynują i nigdy tego nie ukrywałem jednak wydaje mi się, że w tym wszystkim najważniejsze jest nie to, że ma dwa jędrne cycki i zgrabną dupę tylko ważniejsza jest sama jej osobowość i iskra w oku, która rozpala świat. A wydaje mi się, że właśnie to umyka chłopakom z owego klubu.

wtorek, 18 października 2016

Podlewam uschnięte kwiaty

Uczyniłaś mnie takim jaki jestem. I chociaż jak nikt potrafię zgrywać twardziela - w środku dopada mnie chandra. Nocami dokarmiam myśli, które już dawno powinny zginąć w otchłani zapomnienia. Nie jest to dobre, ani zdrowe - ale to trochę jak uzależnienie.

Zaparzając sobie kolejną kawę patrzę na kwiaty które uschły, zdaje się z dnia na dzień. Podlewam je, ale nigdy nie miałem ręki do roślinności. Patrzę na kalendarz Żaków - data niezmiennie pokazuje początek czerwca. Brakuje mi przy tym kota. Pod tym kalendarzem mogłaby stać jego miska. Miałbym dobry powód aby wyjść na zewnątrz - chodziłbym na zakupy. Butelka alkoholu, puszka dla kota oraz paczka gum do żucia. Niczym prawdziwy wyzwolony, silny oraz niezależny mężczyzna. Ale nawet taki typ jak ja musi czasami wyjść. Jeżeli się chce pisać - trzeba obserwować. Na balkonie robi się zimno, a i to obserwatorium ma swoje ograniczenia.  Przed wychodzeniem do ludzi warto odprawić mały rytuał. Jest przynajmniej powód aby się ogolić, a do tego zabiegu warto przygotować się psychicznie i najpierw zrobić sobie kolejną kawę. Nie mam problemów kwestii technicznej. Nie zacinam się, nie pamiętam nawet kiedy ostatni raz poleciała mi krew. Nie wyskakują mi też jakieś czerwone plamy na ryjcu. Po prostu nie lubię się golić - a na nieszczęście Ra pokarał mnie strasznie przykrym zarostem. Zanim się człowiek ruszy warto pogasić jeszcze wszystkie światła w domu. To jest ostatni moment aby pocieszyć się ostatnimi chwilami spokoju i ciszy. ♫

Zgubił mnie Twój uśmiech - jakie to wyświechtane. Zuchwałe oczy, które dobrze wiedzą czego chcą i tak bardzo nieopanowane włosy. Zostałem skazany na Twój urok. To był najprzyjemniejszy wyrok jaki usłyszałem. Marzyłoby mi się dożywocie. Zgubiony w tych oczach, zahipnotyzowany w tym uśmiechu.

W ustach wciąż czuję ten smak. Smak niewymuszonej chęci - jego wspomnienie przeplata się z drinkiem soku winogronowego z wódką. Nieznaczący, nic nie zmieniający, lecz poruszający umysł i przyspieszający bicie serca. Bez zapowiedzi, bez żadnej obietnicy.

Czuję smak tych ust obiecujących zapomnienie. Od całej otaczającej szarości. Od smutnych ludzi udających się na autobus nocny. Od samotności tej nocy. Było już ciemno i jedynie pomarańczowe światło latarni pokazywało nam drogę. Było już zimno, jednak alkohol w krwiobiegu rozgrzewał nasze myśli. Złapał nas deszcz, lecz niezauważenie przemykaliśmy pomiędzy kroplami w stronę drzwi. Przeskoczyliśmy kilka kałuż, inne obiegliśmy - klnąc, że nie mamy parasolki.

I nie interesowało nas nic - byliśmy jak dwie zagubione dusze poszukujące ognia. Rozpaliliśmy wszystkie uczucia jakie mogliśmy z siebie wykrzesać - i nie potrzeba do tego słów. Wystarczyła głębia oczu. Obietnica nie do spełnienia.  I chociaż garnęliśmy się do tego uczucia - oboje trzymaliśmy gardę. Oboje pragnęliśmy tego oszustwa, tak nieszkodliwego. Ale czy znając zawczasu finał wciąż możemy czuć się oszukani?

Ktoś tutaj był już przed Tobą. Ja również byłem spóźniony. Powiedziałbym, że ten pociąg nie pojedzie jeżeli Nas w nim nie będzie. Ale to będzie kłamstwo - odjedzie. I nikt się wtedy nie obejrzy. I pewnie też nie będę miał ze sobą parasolki. Brakuje tylko wyschniętego jesiennego liścia w książce - na pamiątkę, że kiedy jeszcze otworzę tę książkę, to nagle powrócisz we wspomnieniu ulotnym jak ostatnia jesień.

czwartek, 15 września 2016

TOP 10 gier przeglądarkowych

Pisałem licencjaty, magistry, uczyłem się pilnie czytałem książki i jeszcze wiele różnych ciekawych rzeczy robiłem na komputerze. Grałem też w różne gry: pamiętam pierwszego Harrego Pottera próbującego nauczyć się nowych zaklęć, Age Of Empire z kultowym już Wolololo, zdobywałem Omaha Beach z Medal Of Honor i Assasins Creedy. Ale co jeżeli płytki już nudziły? Albo nie miałem tak dużo czasu aby rozegrać jeden mecz w FIFA 2004? Wtedy włączało się stronę przeglądarkową i szukało gier "na chwilę". Kończąc więc już wstęp - dzisiaj więc będzie trochę luźniej. Otóż chciałbym Wam zaprezentować mój subiektywny ranking najlepszych gier on-line w jakie miałem przyjemność grać.

10. Bubble Truble
Jedna z najstarszych gier jakie pamiętam. Z możliwością gry w dwie osoby co skrzętnie wykorzystywałem pokonując kolejne poziomy z siostrą. Gra jest całkiem prosta, poruszamy się w lewo i w prawo z możliwością wystrzelenia liny do góry. Na mapie od samego początku pojawiają się piłeczki, które za pomocą tej liny niszczymy, te rozpadają się zawsze na dwie części na coraz mniejsze i mniejsze piłeczki, gdy plansza zostanie wyczyszczona przechodzimy dalej. A no, i te piłeczki nie mogą nas dotknąć.


9. Najtrudniejsza gra świata
Perfekcyjnie pokazane, jak za pomocą niewielkich możliwości można stworzyć świetną i grywalną grę. Za każde dotknięcie czegokolwiek innego niż ściana - giniemy, a trzeba dojść z jednego zielonego pola na drugie. Niekiedy trzeba jeszcze zahaczyć o kluczyk dla utrudnienia. Nie potrzeba wcale przy tej grze niesamowitej zręczności - ponieważ wystarczy Nam umiejętne analizowanie tego co się dzieje. Cała seria tych gier ma na prawdę masę kolejnych poziomów, a jeżeli dodamy do tego, że jest to na serio trudna gra - prawdopodobnie nigdy jej nie ukończycie.


8. Sky Serpents
Sama gra jest na prawdę prosta. Jesteśmy Zabójcą Smoków i z każdym kolejnym poziomem mierzymy się z coraz to nowym smokiem. Te robią wygibasy pod kątem 90', niektóre maja kolce inne plują ogniem etc. Gra jest na prawdę satysfakcjonują. I tutaj nie potrzeba niesamowitej zręczności tylko logiczne przemyślenie zachowania smoków. Dodatkowo myślę, że trzeba tutaj wyróżnić kuźnię, która odpowiada za tą grę: Nitrome. Wszystkie ich gry mają specyficzną i od razu rozpoznawalną "kreskę", większość gier polega na wykorzystaniu mózgu. Odpowiadają za takie perełki jak Double Edge (dla dwóch osób z "friendly fire"), Subject Arena, Swindler czy epickie Final Ninja Hero.


7. Flood Runner 2
Niezwykle prosta gra od kolejnego świetnego studia Miniclip. Jeden przycisk który polega do skakania, podwójnego skoku oraz latania. Biegniemy jak najdalej aby uciec przed lawą. Co tutaj dużo pisać - Miniclip to jest chyba pierwsza platforma z grami, którą odkryłem po tym gdy tylko do mojego domu podłączono internet ze stałym łączem. A w tej grze biłem rekordy i byłem w pierwszej piątce najlepszych graczy na świecie - cóż rzec. Prosty zabijacz czasu.


6. Wojny cywilizacji
Nigdy nie przepadałem za grami Tower Defence, ale z gier strategicznych zawsze uwielbiałem Wojny Komórek albo inne Zajmij Planetę. Pod tym względem wyróżnia się Wojna Cywilizacji, która jest typową grą tego typu. Na początek wybieramy jedną z trzech starożytnych nacji: Egipcjanie, Rzymianie oraz Chińczycy. Jedni są agresywni, drudzy defensywni a trzeci wypośrodkowani. Gra z bardzo ładną oprawą graficzną, bardzo przyjemną ścieżką dźwiękową, która nadaje tej grze żartobliwy klimacik, kilka poziomów trudności i całkiem długą kampanię. Ma wszystkie te cechy, które potrzebuje dobra gra.


5. Think Think Arena 1 i 2
Chyba jedna z pierwszych gier w jakie się zagrywałem za małolata. Wówczas była dla mnie to gra niezwykle brutalna i w sumie dalej taka jest, ponieważ jej specyficzna kreska i klimat nie zestarzał się ani trochę. Gra jest stricte zręcznościowa i polega na tym aby za pomocą WSADa i myszki pokonywać kolejne fale przeciwników, którzy chcą nas zabić. Co ciekawe, w tej grze potrzebna jest nam amunicja, a jeżeli jej braknie, to bez problemu możemy zabrać broń pokonanemu przeciwnikowi, a rodzajów broni jest tutaj na prawdę sporo.


4. Achtung Die Kurve
Gra tylko w wersji dla kilku osób przed jednym komputerem (druga część jest już multiplayer). Jeżeli oglądaliście film TRON, to ta gra właśnie polega na tego typu wyścigu na zamkniętej planszy. Po alkoholu wszystkie chwyty dozwolone, przecinanie dróg, wciskanie się w najwęższe szczeliny, farcenie i dogadywanie się aby pokonać najsilniejszego z Was. Sprawdza się na wszystkich wyczerpanych posiadówkach.



3. The Last Stand - Union City
Jedyna dobra gra survivalowa w jaką grałem we flashu. Gra polega na penetracji kolejnych domów, wykonywaniu misji, jedzeniu, spaniu i próbie odnalezienia rodziny w mieście opanowanym przez zombie. Gra niekiedy straszy i wymaga pogłówkowania chociaż nie ma co ukrywać, że trzeba posiadać minimalne zdolności manualne. Niezwykły klimacik, możliwość personalizacji statystyk oraz wyglądu (z ograniczeniem do tego co znaleźliśmy) no i gra jest na kilka ładnych godzin. Wszystkie gry które znajdują się na podium zasługują na pierwsze miejsce, a to jest gra do której twórcy (Armor Games, też odpowiada za kilka świetnych gier) przyłożyli się w trakcie produkcji.


2. Sen Iluzjonisty
Co za Piękna gra. Nie mam na to innych słów - gra nie jest trudna, ale niezwykle klimatyczna. W gruncie rzeczy nigdy się już nie spotkałem w życiu z tak niesamowicie opowiedzianą (smutną historią). Iluzjonista w ezoterycznym świecie próbuje odnaleźć swoją zmarłą ukochaną. Gra polega w gruncie rzeczy tylko na główkowaniu, chociaż pojawiają się miejsca gdzie trzeba trochę poskakać - gra jednak nie karze Nas za błędy i wracamy do ostatniego checkpointa, który zawsze jest niedaleko.
W grze pojawiają się zwierzątka takie jak królik, żaba, lis, motylek czy norka - występuje też podstawowy łańcuch pokarmowy, gdzie zwierzęta nawzajem się eliminują gdy są w pobliżu siebie. Iluzjonista natomiast może do dowolnego zwierzątka podejść, wrzucić go do kapelusza i zamienić się w owe zwierzątko, w celu przelecenia nad kraterem czy łatwego przeciśnięcia się przez szczelinę.
Jeszcze raz, piękna i smutna gra - którą szczerze polecam.


1. Piłka Nożna Głowami
Serię gier sportów "głowami" znam na wylot, wszystkie hokeje na lodzie, siatkówki, koszykówki czy inne tenisy (swoją drogą Tenis Głowami rozpoczął tą serie od MouseBreaker). Gra jest dostępna zarówno w wersji dla jednego gracza jak i dla dwóch osób które chcą zmierzyć swoje siły. Gra bardzo zabawna opierająca się jedynie na zręczności. Seria Piłki Nożnej Głowami jest ogromna i zaczynając od "Legend", gdzie możemy się wcielić w Cantone, Pele bądź Zizu mamy też ligę angielską z ostatniego sezonu, mistrzostwa świata oraz euro. Stadiony świata, gwiazdy na boisku, piękne bramki strzelone kauczukową piłką, kontuzje oraz strzały z wyskoku - czego chcieć więcej?
Gra wciąga, a jeżeli znajdziecie drugą osobę - to można spędzić nad tą grą cały wieczór - a śmiechom nie było końca.


poniedziałek, 12 września 2016

Z perspektywy.

Minęło już 15 lat.
Nie pamiętam już wtedy nawet swojej reakcji - pamiętam tylko przerażony świat. Jakie to mogło mieć znaczenia dla wówczas 8-letniego gówniarza, że jakiś samolot na drugim końca świata walnął w wieże? Nie wyglądało to nawet tak dobrze jak w jakimś filmie - wówczas chyba bardziej mnie poruszył nowy film z uniwersum "Planety Małp" z Markiem Wahlbergiem. Wtedy mi się nawet podobał, dzisiaj podchodzę raczej z dystansem do tego paździerza. Teraz z perspektywy czasu mnie wciąż nie rusza ten ani żaden kolejny zamach w Lonynach czy Madrytach - nie wiem czy to brak jakiejś empatii czy może poczucie, że dzieje się to gdzieś daleko od rodzinnego domu.
Pewnie, że ta seria zamachów miała wpływ na kształtowanie się dalszych losów świata i świadomości społeczeństwa. Jak wcześniej można było mówić o cichej wojnie pomiędzy "cywilizacją zachodu" a "światem arabskim", tak wydaje mi się, że od początku XXI wieku można śmiało mówić o wojnie pomiędzy naszymi cywilizacjami. Pomijam już tutaj pewne kwestie poczucia bezpieczeństwa.
Przez te 15 lat człowiek dorósł - powiadają, że mądrość przychodzi z wiekiem. Im staję się starszy tym bardziej sobie uświadamiam, że wiek przychodzi sam. Straciłem kilka istotnych życzeń podczas zdmuchiwania świeczek - i  teraz mogę sobie tylko pluć w brodę, że zmarnowałem je na "chęć szybszego dorośnięcia". Szczerze mówiąc, bycie dorosłym ssie, a co gorsza jeszcze nikt za to nam nie płaci.

Kiedy byliśmy młodzi mieliśmy czas i chęci - brakowało Nam tylko pieniędzy aby spełniać swoje zachcianki. Może to i nawet dobrze? Wydaje mi się, że i tak wszystko byśmy przepierniczyli na paczki chipsów w szkolnym sklepiku, ewentualnie w dziale z zabawkami w najbliższym supermarkecie wielkopowierzchniowym. Uważam, że moje pokolenie, które z radością obwieszcza wszystkim, że zdzierało sobie kolana na drzewach i robiło fikołki na trzepaku (który jednocześnie był tajną bazą, statkiem kosmicznym oraz bezludną wyspą otoczoną przez morze lawy), wcale nie było lepsze pod jakimkolwiek względem od dzisiejszej "młodzieży". Nie mieliśmy internetu - więc ku naszemu szczęściu nikt nie wrzucał bzdurnych filmików na youtuba, gdzie popisujemy się przed resztą klasy robiąc jakieś idiotyzmy. Jedyne co nas odróżnia to to, że zamiast plakatów z Lewandowskim, trzymaliśmy na ścianie Orły Engela i kciuki trzymaliśmy za Olisadebe.
Człowiek dorastał i już zapomniał o dwóch samolotach, które uderzyły w WTC. Zatarły się wspomnienia po przegranej 4-0 z Portugalią w grupie, zmarł jeden papież, a na jego miejsce wybrano kolejnego: o zgrozo - Niemca. Polska weszła do Unii Europejskiej, wychodziły kolejne książki z serii Harrego Pottera, a plakaty piłkarzy powymienialiśmy na seksowne dziewczyny ponętnie patrzące ze ścian. Zamiast łapać piłkę na boisku zaczęliśmy marzyć aby złapać za młode jędrne cycki Zosi z równoległej klasy, o której marzyło pół szkoły.
Wciąż mieliśmy czas, który ograniczany był tylko przez plan lekcji i zadania domowe, mieliśmy chęci i energię do przenoszenia gór - lecz brakowało w tym wszystkim bodźca, który sprawiłby, że sami odkrylibyśmy ścieżkę, którą chcielibyśmy podążać.

Minęło ćwierć wieku życia, 15 lat od pamiętnych wydarzeń, a największa różnica polega na tym, że świat przyspieszył.
Monitory "schudły", tracą tzw. dupę, telefony również się zmniejszyły (chociaż ekran zrobił się większy), gry mają lepszą grafikę - chociaż kwestie trudności i długości gier zostały dostosowane do zmniejszającej się średniej IQ społeczeństwa.
Nikt tak na prawdę nie wie, co chce ze sobą robić w Nowym Lepszym Świecie, ludzie bez pasji oraz zainteresowań marzą jedynie o tym, aby się upalić, zagrać, wypić i poruchać - jasne, brzmi jak niezły plan... ale czy na resztę życia? Czy mój problem polega na tym, że mam niewiele większe ambicje? Tylko co z tego jeżeli swój plan ograniczam nie do tego co chcę robić, tylko odpycham się od tego czego NIE chcę robić.

Nie mógłbym paradować w mundurze - nie potrafiłbym bez cienia refleksji wykonywać czyiś planów. Nie mógłbym być robotnikiem, nie boję się pracy fizycznej i nie raz miałem bród pod paznokciami, to jednak poniżej moich średnio-wygórowanych ambicji. Nie mógłbym być górnikiem i siedzieć godzinami ze schylonym grzbietem w ciemnościach. Nie mógłbym być elektrykiem, chociaż interesowało mnie zawsze skąd się bierze prąd w pieprzonej żarówce to zostałem przez niego kilka razy brzydko potraktowany i powiedzmy, że mam małą awersję. Nie chciałbym być również urzędnikiem - chyba bym się bał, że ten krawat mnie kiedyś udusi. Pewnie nie odnalazłbym się jeszcze w kilku zawodach uznawanych za pożyteczne przez społeczeństwo - czy to oznacza, że jestem pasożytem?
Nie oglądam telewizji, nie czytam gazet. Mecze mnie nie łechcą i nie jestem fanem warszawskiej Legii. Interesują mnie książki, które odrywają mnie od rzeczywistości, może kiedyś zwiedzę pół świata. Lubię pić wino, a najlepiej popijając kolejny kieliszek - pisać. Chociaż niekiedy talentu braknie - nie poddaję się. Wydaje mi się, że to całkiem sporo, chociaż potencjalny pracodawca byłby raczej zażenowany moim CV. Ale cóż można poradzić, jeżeli ja też jestem zażenowany Rzeczywistością. Rozczarowany tym co zobaczyłem, gdy bańka mydlana pękła, a dookoła nie rozszedł się zapach miłego w obcowaniu mydła - tylko gówna.
Dlatego sam wolę sobie wyobrażać co się dzieje poza moim balkonem, aniżeli doświadczać Rzeczywistość i ponownie się rozczarowywać. Rzeczywistość nigdy nie dorówna wyobrażeniom - i może stąd ten zawód. Muszę jednak konfrontować oba światy, aby zebrać doświadczenie, rozczarować się i obudować je wyobrażeniami. Jak to kiedyś napisał Ł. Gołębiecki - bez doświadczeń literatura jest za mało epicka, bez wyobrażeń za mało liryczna.

Świat się zmienił przez te 15 lat. Autobus życia jedzie dalej i nie będzie na nikogo czekał. Albo zostajesz z tyłu albo siedzisz w wagonie. Nie istnieje w tym przypadku żaden "złoty środek". Ja też się zmieniłem, i chociaż jestem pewien, że to były dobre zmiany - to czasami zastanawiam się czy nie zgubiłem czegoś po drodze.

Nie wiem, na przykład czegoś tak trywialnego jak...  uśmiechu.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Stosunki dyplomatyczne na linii Mars-Wenus

Czasem tak bywa, że trafia się Wam randka. Kolacja w drogiej restauracji, spacer w parku, piwko w plenerze bądź śniadanie u niego (po kolacji we wspomnianej wcześniej restauracji).

Ale jak rozpoznać, czy facet który ewidentnie jest ciekaw co masz pod spódnicą jest wart Twojej uwagi? Jakich cech poszukiwać u białogłowej, która ewidentnie na Ciebie na leci?

Wiadomo, że nikt nie chce aby związek kręcił się dookoła batalii o wynoszenie śmieci, mycie naczyń czy znowu On zapomniał ściągnąć pranie (mimo że pamięta wszystkie cooldowny na superumiejętnościach wszystkich postaci w swojej ulubionej grze). Ona znowu zostawiła podpaski w rogu łazienki, zmywacz do paznokci czuć już na korytarzu - wszystko jest tak na prawdę do dogadania
Jak już wspominałem we wcześniejszych postach - "Faza 1" kiedyś się kończy - i czujesz pod skórą, że trzymanie się za rękę podczas spaceru chyba przestaje Was podniecać - koniec końców, ktoś z psem musi wyjść na spacer, a ktoś ugotować posiłek.
I tak krojąc marchewkę przypominasz sobie początki, kiedy albo cały czas rozmawialiście albo pieprzyliście się jak fretki. Przypominasz sobie jaki był romantyczny podczas pierwszych walentynek oraz jak wspólnie wyczekiwaliście na zachód słońca z balkonu.

Płeć piękniejsza ma zadziwiającą umiejętność wiary, że druga osoba zmieni się pod wpływem miłości. Czekacie rok, dwa lata.... a czas leci - on się nie zmienia. Ba! Zaczął nawet rozmawiać z inną babką. Coś zaczęłaś przebąkiwać o zmianach, stawiasz ultimatum - a on wciąż jest taki sam.
Ale czy to na pewno dobre podejście?
Czy ktoś powinien się zmieniać specjalnie dla drugiej osoby? Ile razy słyszało się o historiach, gdzie on/ona się zmienia, poprawia swoje błędy, wady i niedociągnięcia - a kończy się na tekście:
- Nie jesteś już taki/taka jak kiedyś. To już nie jest to samo, zmieniłeś/aś się.

Wydaje się więc, że chociaż pod wpływem miłości gotowi jesteśmy gotowi na największe poświęcenia i zmiany w swoim życiu - nie powinniśmy iść w tym kierunku. Z jednego prostego powodu - miłość nie wymaga poświęceń i zmian. Oczywiście, że trzeba nad sobą pracować, poprawiać wady i golić pojedynczą brew. Pamiętajmy, że partner/partnerka jest też wizytówką dla swojej drugiej połówki.
Zasada jest prosta, albo bierzesz wszystko albo nic. Bierzesz cały pakiet i nie żądasz po roku zmiany tego, tego i tamtego - to mija się z celem - brałeś taką osobę, w takiej się zakochałeś - i zmieniając ją, tracisz osobę w której się zauroczyłaś. Zasada "wszystko albo nic" wyznawana przez większość facetów zdaje się być o wiele lepszym rozwiązaniem i podejściem do związków. Taki facet podchodzi do swojej partnerki  jak do jednej spójnej całości, która jest nienaruszalna i autonomiczna.

Prawie każdy facet z góry poszukuje w swojej partnerce pewnych cech: ma być spontaniczna, dobrze gdyby sprzątała i była po alkoholu zawsze napalona).

UWAGA ŻART

Co różni grzeczną dziewczynę od nimfomanki?
- Dwa promile
badum-tsss....

Oczywiście narzucając sobie pewne schematy: tylko blondynki, cycate, niepalące, grające w gry, z długimi nogami (wszystkie cechy na raz, albo wybiórczo), możemy w teorii stracić szanse na spotkanie tej jedynej.
Koniec końców może być ona niską brunetką która grać potrafi tylko w Tetrisa, a i ta gra może jej sprawiać manualne trudności. Mimo wszystko wydaje mi się, że facet szuka dwóch konkretnych cech u dziewczyn.
Pierwsza to jak się z Tobą rozmawia, czy wciąż obgadujesz jakąś inną laskę (to jest raczej passe), czy drzesz japę jak rozwydrzona małpa (to raczej też nie jest wskazane), ciężko jest tutaj tak naprawdę określić jakieś konkretne cechy, które nas pociągają. To jest kwestia indywidualna każdej parki. Na pewno warto patrzeć facetowi w oczy kiedy mówisz, albo kiedy go słuchasz i nie masz ochoty dalej wpatrywać się w to ciasteczko przy kawie... pieprzona dieta. Ale nie musisz przy tym też robić miny numer 27 - na sytuacje kiedy w barze chcesz po prosić o kolejnego drinka seksownego barmana. Chodzi o to aby dać do zrozumienia, że jesteście równi
Nie można zaprzeczyć, że taki typ "Łowcy" istnieje, który na ścianie obok głowy jelenia chciałby powiesić jej cipkę. Łatwo poznać takiego typa po prężących się muskułach. Taki typ John'ego Bravo ale w wersji znad Wisły. Jaki kraj, taki Johny.

Jeżeli sytuacja idzie w dugą stronę i taki facet spuszcza wzrok z jakimś zawstydzeniem - to albo możecie się bawić w dominatorkę, czego na dłuższą metę nie polecam, bo same się zamęczycie z facetem który przed pozmywaniem naczyń będzie golił swoją cipkę! Tak to się kończy, ucięciem jaj. Lepiej już zostawić w jeziorku małą rybkę - może coś z tego kiedyś wyrośnie?
Zgodnie z drugą opcją - po prostu go olać. Ale kulturalnie, z przypływu dobrodziejstwa daj misia na do widzenia i heja. Szkoda marnować jego i swojego czasu.

Druga cecha, której poszukujemy to dwie ręce, para oczu i nogi ze zginającymi się kolanami w stawach. Oczywiście jak mówi mądre przysłowie: Facet nie pies na słoninę nie poleci, no i nie sroka by kości gryźć. (czy jakoś tak). Ale w gruncie rzeczy tak jest. Nie każdego kręcą laski 10/10. Niektóre rzeczy których w sobie nie cierpisz (piegi, pieprzyk czy inna pierdoła) - nas najzwyczajniej w świecie pociągają. Nie wiem dlaczego tak jest, ale to jest potwierdzone info - czasami faceci po pijaku rozmawiają na różne tematy.
Ważne też w tym wszystkim, abyś nie kryła się pod toną makijażu. Jasne, że jeżeli akurat zrobił Ci się pryszcz na środku czoła i wyglądasz jak jakaś hinduska - warto to zakryć.
Każdy facet który jest obdarzony chociaż minimalnym instynktem samozachowawczym będzie Ci deklarował, że pięknie wyglądasz bez niego, (make-up'u przyp.aut), ale w gruncie rzeczy zadziwisz go swoją niesamowitą urodą dopiero wtedy, gdy spędzisz pieprzoną godzinę w łazience.
Oczywiście, że kobieta najbardziej uroczo wygląda w roztrzepanych włosach w męskiej koszuli zajadając jajecznicę w łóżku z rana, a po nocnych harcach do świtu śniadanie może być nawet i około 14 - nieważne.
Prawdziwemu mężczyźnie nie zależy tak na prawdę na jakiś konkretnych poszukiwanych cechach. Szuka pewnego stabilnego kąta w życiu, emocjonalnego. Być pewnym wzajemności uczucia drugiej osoby, to chyba najbardziej pożądana cecha XXI wieku.
W czasach gdy wszystko dzieje się w tempie ekspresowym. Szybko wysyłamy smsy, poszukujemy linków do plotek, szybko się poznajemy i spragnieni ciepła i ramion szybko idziemy do łóżka.
Potem równie szybko można o sobie zapomnieć.

Warto pamiętać, że nie każda dziewczyna, która wskakuje do łóżka, jest od razu łatwa. Nie każda jest też od razu desperatką - niekiedy facet jest po prostu na tyle uroczy, że można z nim iść do łóżka "wykorzystać go" albo po prostu dobrze się bawić. Koniec końców zaletą XXI wieku jest to, że kobiety nie są z natury uległe i same decydują o swoim losie i kto będzie grzał im łóżko.
Ale kiedy jeszcze zaspana budzisz się pod nieswoją pościelą, każdy facet się na chwilę zatrzyma - aby podziwiać trofeum, aby spojrzeć czy bez makijażu też jesteś pociągająca albo żeby się zakochać.
Najważniejsze jednak powstaje pytanie: czy będzie chciał Cię jeszcze z rana przygwoździć do materaca, czy może najpierw zaproponuje kawę. Czy po prostu chcę Cię przeruchać czy może po prostu dobrze mu się z Tobą rozmawiało i tym go zauroczyłaś podczas kolacji.
Wydaje mi się, że to jest właśnie ten moment, w którym najłatwiej rozpoznać czy to jest ten strzał w dziesiątkę, czy może tylko wspomniane 2 promile - po kolacji.

środa, 24 sierpnia 2016

Dziewczynka w opałach

- Gdzie ta Twoja skrzypaczka?
Hę? - zapytałem nieprzytomnym głosem.

- Noo, to dziewczę, które grało koncerty w środku nocy dla Ciebie?
Grała chyba bardziej dla siebie niż dla mnie, zgubiła się.

- Zgubiłeś ją?
Nie! No co Ty? Przecież nie jestem tym typem, który gubi dziewuchy pomiędzy zachodem a wschodem słońca. Sama chciała się zgubić - utopić we własnym smutku nieszczęśliwej miłości. Może właśnie stąd się wzięła ta gra na skrzypcach, koniec końców, to chyba najsmutniejszy instrument muzyczny. Nigdy wcześniej nie widziałem tak smutnej duszy.
To jest ten typ Dziewczynki która, słuchając Doris Day przegryza wargi do krwi. Jak sama śpiewa wraz z Końcem Świata Serce Jej Popękało, przeglądając się w czarnym lustrze marzy aby on się do niej odezwał chociaż wie, że to nierealne - okłamuje sama siebie - a kolejny łyk wina popija niepowstrzymanymi łzami. Przestała już wierzyć w rzeczywistość - gotowa spalić za sobą wszystkie mosty aby osiągnąć swoje szczęście, które tli się niczym światełko w środku ciemności. Ma też ciemno niebieskie oczy. Bardzo ciemny odcień. Jakby człowiek się zawiesił w głębi oceanu, gdzie ledwie dochodzi światło. Nigdy w życiu nie widziałem takiego koloru. Ale nawet jej rumieniące się policzki mnie nie zmyliły - to jest też kolor jej duszy. I gdy ją zobaczyłem to wiedziałem, że jest tam ciemno.

Może ostatnią deską ratunku jest dla niej Wyspa Pianosa? A może ulana butelka nikotyny? Wiemy jak samotność nocą boli najbardziej, więc tak wiruje ciepło - od którego sam przecież uzależniłem się wiele lat temu - niby atrapa tego ciepła, ale to było strasznie urocze i... przecież aksamitna skóra po pod moimi palcami była rzeczywista. Taka Dziewczynka w opałach, której ze swojej rycerskiej natury, chciałbym pomóc. Sprawić aby po weekendzie chodziła wyprostowana z głową ku górze, zamiast wpatrywać się smutno w ziemię. Pomóc postawić tę kropkę, aby otworzyła nowy rozdział. Aby poczuła chęć i motywację do działania, i zatraciła się w ich realizacji zapominając o przeszłości.

Nie wydaje mi się aby na pierwszy rzut oka widać było jakieś efekty. Wykorzystałem hipoterapię, i sama określiła ten dzień jako "pierwszy dzień wakacji". Twoja metoda jest bardzo skuteczna i przyjemna w trakcie realizacji. Jeden siwek mnie nawet polubił - chyba.
Oczywiście, że taka Dziewczynka ma doświadczenie w ukrywaniu smutku pod maską, ale wiem, że ten uśmiech był prawdziwy. Takie psychiczne wakacje.

Czy zrobiłem dobrze pozwalając jej jeszcze te kilka dni dłużej uciekać od rzeczywistości? Wydaje mi się, że w jej przypadku to i tak było nieuniknione - w ten czy inny sposób. Spacerowaliśmy razem po Zielonym Lesie z moim psem i czasem, gdy nie śpiewała, starałem się powiedzieć coś mądrego - w taki sposób aby coś przekazać, jakąś wartość która chociaż delikatnie rozświetli dno oceanu? Może będzie przez to miała bardziej miękkie zderzenie z rzeczywistością, która jest przecież nieunikniona. Może sama coś przemyśli na temat tego weekendu? Nie wiemy ostatecznie co nam przyniesie czas.
Oby spokój.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Pokemon GO - dlaczego nie gram?



W Pokemon GO gra teraz prawie każdy - w gruncie rzeczy, społeczność świata podzieliła się na tych, którzy, łapią stworki i chwalą się jakie mają zajebiaszcze pokemony, oraz na tych którzy ich wyśmiewają i całkowicie negują nową modę. W końcu bieganie z telefonem po krzakach szukając wykokszonego Magmara, jest dziecinne - szczególnie jeżeli masz prawie 30 lat na karku a skórzane jasne buty nie zostały kupione z myślą o przedzieraniu się przez błoto.

Jeżeli mówimy o mnie - nie zbliżam się za szybko do 30 - a od jakiegoś czasu moje buty odetchnęły z ulgą. Nie szukam już Magmara (bo mam), ale wspomniana gra zaczyna zbierać kurz w moim telefonie.
Można się zastanawiać, co w takim wypadku zmieniło moje podejście - w sumie o 180'? Przecież już od roku na bieżąco sprawdzałem jak się toczy proces tworzenia, wszystkie plotki i ploteczki - byłem na bieżąco. Koniec końców jestem jednym z tych dzieciaków, które dłużej zostawały w świetlicy szkolnej (po lekcjach) aby z zapartym tchem oglądać przygody Asha z Pikachu, Brocka oraz Misty (ah.... ta moja ruda miłość w króciutkich szortach) trzymającą w dłoniach Togepi.
Powodów jest kilka.


Niantic (kuźnia odpowiadająca za tą grę) zapomniała chyba co tak na prawdę stworzyło siłę pokemonów. I chociaż seria była sygnowała hasłem "ZŁAP JE WSZYSTKIE!". To jednak nie to stworzyło siłę Pokemonów. Jedyne co powodowało, że moja Nidoqueen była najlepsza ze wszystkich to nie było kwestią tego, że złapałem ją mającą xxxCP gdzieś jadąc tramwajem.
Po prostu kiedy na swoim GameBoyu widziałem Nidorana♀ na 3 lvl. to trenowałem go, walczyłem z nim - i nie wymieniałem go po 24 godzinach bo widziałem lepszego pokemona, nie mówiąc już nic o jakimś cholernym przerabianiu tych słodkich stworków na ciasteczka, a później zmuszanie te najsilniejsze do zjadania tych przysmaków - nie wiem czy czymś takim nie powinna się zainteresować jakaś organizacja broniąca praw kieszonkowych potworków.
Teraz gracz na początku wybiera (zgodnie z klasyką) jednego ze starterów i marzy sobie, że będzie miał w przyszłości Blastoisa, albo Charizarda. A tutaj kupa. Bo jedyna możliwość trenowania takiego pokemona, to dorwanie go, przerobienie na ciasteczka i "pompowanie" najsilniejszą wersję Bulbasaura/Squirtla/Charmandera. Co się dzieje ze starterem? O którym marzył każdy mały chłopiec 15 lat temu? Zgadliście - wysłany do dr. Willowa (taka inna wersja Oaka) i przemielony w maszynce na ciasteczka - i tak zamiast przyzwyczajać się do swojego pokemona, dbać o niego i trenować go - wymieniamy na lepszy model - i tak nikt nie lubił Garego, a dzisiaj większość miłośników gry zachowuje dokładnie tak samo jak nemezis Asha Ketchumpa.

Ale to była kwestia przyzwyczajenia - nadawanie imion Pokemonom, walczenie nimi, pewien smutek jeżeli ten pokemon (miał być przecież najlepszy na świecie) zginął w labiryncie w drodze na Ligę.

W żadnym wypadku nie chcę negować tutaj Pokemon GO - jest to ciekawa gra, wykorzystująca "rzeczywistość rozszerzoną".... bla-bla-bla. Złapanie ich wszystkich jest fajne, to jest bardziej kolekcjonerskie podejście do gry, taki "fun" z możliwości złapania swojego własnego Pokemona.
Ta gra miała przecież być realizacją idei, której nie dało się wprowadzić na przełomie wieków. Nie każdy wtedy miał kabelek przy swoim GameBoyu, a teraz każdy ma internet w telefonie i w gruncie rzeczy bez ograniczeń można się łączyć z innymi trenerami. Jednak wciąż nie wprowadzono możliwości wymiany i walk z innymi trenerami.

Apropo walki - bo tutaj Niantic całkowicie dał dupy.
Może po prostu jestem spaczony poprzez granie na moim GB Advance. Ale kiedy walczyło się z innymi trenerami - trzeba było wysilić swoją mózgownicę. Ta gra nie polegała na dynamice, lecz przemyślanych krokach, użyciu odpowiednich umiejętności w kolejności turowej.
Jest Twój Pokemon, przeciwny Pokemon, macie w zestawie 4 umiejętności (wcześniej ustawione, bez możliwości robienia zmian) i nieograniczony czas (nie licząc żywotności baterii) na przemyślenie strategii.


Weźmy teraz dla porównania najpopularniejszą wersję kieszonkowych potworków - Pokemon GO. Jaka jest zasada walki? Klikaj jak najszybciej najszybciej najszybciej - w ten sposób używasz podstawowych ataków. Po czym jak Ci się naładuje specjalny pasek - przytrzymaj palec i masz super zajebisty cios. I tyle, teraz musisz naładować pasek a żeby to zrobić musisz klikać jak najszybciej.

Na samym początku zastanawiałem się jaka będzie ta gra - cieszyłem się jak 12-letnie dziecko, dla którego boże narodzenie przyszło wcześniej. Pokemony są po prostu bardzo mocno związane z moim dzieciństwem, gdzie zbierałem kapsle, karty i kibicowałem Ashowi.
Gra sama w sobie jest fajna, przyjemnie wygląda, super że udało się przenieść chociaż trochę tą ideę złapania pokemonów, które czekają za rogiem pobliskiego sklepu.
Ale gdzieś w tym wszystkim Niantic pogubiło się i poszło na skróty - nie wiem co złego było w określaniu mocy Pokemona na zasadzie levela, zamiast Combat Power?
Całkowicie zapomnieli o historii. O tym, że pomimo zapełniania Pokedexa, to 6 najmocniejszych stworków na swój sposób kochało się, opiekowało się nimi, nadawało imiona i trenowało do ostatniego trenera, który jeszcze chciał z nami walczyć. Co mi po Metapodzie, skoro muszę złapać jeszcze takich 100 (i wymienić je na ciastka) zanim ze swojego 101 będę miał swojego wymarzonego Butterfree?

Jaka jest tego wszystkiego puenta? Chyba żadna. Nie chodziło mi tutaj o żadną puentą - bo co kogo obchodzi, czy będę grał czy może nie. Ale na pewno nie ustawię się po żadnej z barykad. Jeżeli ktoś będzie anty-pokemon GO, będę bronił tej gry, bo jest fajna, kolekcjonerska i fajnie jest mieć własny stos wirtualnych pokeballi z którymi biegamy po parkach. Z drugiej strony, jeżeli ktoś gra w Pkmn-GO i bez cienia refleksji będzie mi mówił, że "idea sprzed 15 lat została zrealizowana" to oznacza, że nie pamięta dlaczego pokemony były hitem oraz nie pamięta skąd Ash miał w historii Charmandera, Bulbasaura czy jak główny bohater walczył o życie swojego Pikachu. Może ta bajka już nie jest tak samo strawna jak przed kilkunastoma laty - ale idee i morały lecące z tej bajki (przyjaźń i lojalność) na pewno niewiele mają wspólnego z grą, o której mówi się dziś na całym świecie.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Słodko-gorzko

Dwa lata. Długie niczym wieczność - minęły jak oka mgnienie.

Sorbet bananowo-kiwiowy. Taki smak miał ten weekend, spacer ciepłym słonecznym popołudniem i wydawałoby się, że nie może być nic słodszego pod słońcem. Nawet moja kawa, chociaż bez ani grama cukru - w ten weekend wydawała się niezwykle słodka.
To chyba dlatego, ze wszystko było przyprawione przez Panią Jeziora.

Może i poranki były gorzkie przy tym wszystkim, ale gdy tylko rano wskoczyłem do łóżka, gdy tylko spojrzałem na burzę włosów i w Twoje niewyspane oczy, zza chmur od razu wyłaniało się słońce. Niczym niespełniona obietnica, przepowiednia bez przyszłości, a przecież przyjeżdżając wiedziałem, że do paleniska iskry już nie wracają.

Wydawałoby się więc, że nic nie może mnie ruszyć po tych wszystkich doświadczeniach. Że mój pancerz odbiłby każdą strzałę wystrzeloną w moim kierunku. Wydawałoby się więc też, że każdy kolejny łyk słodkiego drinka z gorzką wódką otępi mózg i pozwoli łatwiej zasnąć. Nieprawda. Wzmacnia rzeczywistość - wzmagając emocje, zabiera sen i łamie każdy płat mojego metalowego pancerza. Emocje rwą się niczym wystraszony koń na wodzach, nogi wyskakują ze strzemion, czuję każdy napięty pod sobą mięsień i chociaż wiem co się zaraz wydarzy nie jestem w stanie, nie potrafię, w żaden sposób zareagować - jednak nie przeraża mnie widok zbliżającej się ziemi, szczerze mówiąc nie mam siły nawet zastanowić się jak mocno mnie to poturbuje.
To i tak nie jest już ważne.

Kłamałem mówiąc, że nie jestem uzależniony - nie potrafię skupić myśli na książce, nie jestem w stanie oglądać filmu. Tylko krople  deszczu powoli spływające po szybie wyrywają mnie z marazmu i pozwalają chociaż na chwilę zapomnieć.
Nadszedł czas zapłaty za moją zuchwałość oraz kłamstwa - a ten gorzki dług trzeba spłacić samemu.
Oszukując sam siebie patrzę na telefon, ale ten nie dzwoni - nie jestem tym szczególnie zaskoczony. Przecież wiem, że szybko nie zawibruje i zdaję sobie sprawę, że człowiek nie powinien sam siebie tak okłamywać. Ale tak jest po prostu łatwiej wytrzymać w przeraźliwie cichym mieszkaniu. Jedynie echo naciskanych klawiszy jest znakiem, ze ktoś tutaj żyje - przynajmniej w fizycznym tego słowa znaczeniu.
Atramentowa noc wypełnia wszystkie zakamarki mojego serca i filozofii.
Miałem nadzieję, że już nie pojawię się na peronie drugim, że już nie będę czekał na pociąg wracający do Rock City. Ale szczerze mówiąc myślałem, że jeżeli już się tutaj pojawię  będzie to bardziej bolało. Słyszałem, że alkohol znieczula, że ironia pozwala zdystansować się od bólu - ale powiem Ci szczerze, że to nieprawda.

Nie mogłem oderwać od Ciebie wzroku, od Twojego ciała, od dłoni, Twoich oczu - Twoje kroki rozchodzące się po domu, chichot z żarcików i poprawianie opadających włosów. Cała Twoja naturalność przy tym była tak niewinna i urocza, jednocześnie byłaś przy tym wszystkim zapierająca dech w piersiach i seksowna, że przypomniałaś mi dlaczego właśnie Ty jesteś Panią mojego Jeziora.

Jeżeli szczęście można kiedykolwiek policzyć i zmierzyć - to czułem je kiedy tylko usiedliśmy naprzeciw siebie.

Nie potrafiłem opisać wtedy tego ciepła, które poczułem gdy przyglądałem się krzątającej Tobie po kuchni.
Nie wiedziałem czym jest to ciepło, które koiło duszę i serce - ale teraz już wiem.

Rozpaliłaś we mnie płomień, Kochanie - mogę sprawić, że cały świat spłonie.
Przekazałaś mi energię i chęć do działania - chcę więc zmienić bieg historii.
Jestem gotów wskoczyć do ostatniego pociągu w kierunku Tybetu.

Byłaś moją Muzą przed dwoma laty, i najbardziej "słodka" po tym weekendzie jest świadomość, że wciąż jesteś moją inspiracją.

czwartek, 14 lipca 2016

Czas żniw

Pionek z c7 na c5 - nawet nie powiedziałem, lecz mruknąłem pod nosem wpatrując się ekran monitora - kiedyś od niego oślepnę.

Cisza.

Powinienem już spać, za kilka godzin muszę być na nogach, miałem jeszcze zaplanowane zrobić muzyczną składankę - z założenia miała być "radosna". Sam miałem być szczęśliwy, ale nie potrafię jakoś wykrzesać z siebie entuzjazmu, radości i innych emocji związanych z uniesieniem.

Wciąż odnajduję włosy w łazience, łóżku i innych niespodziewanych miejscach typu dno szafki, do której nikt nie zaglądał od lat.
Ale nie są to już ciemne włosy - trochę kolory się pozmieniały. I w ogóle się pozmieniało trochę... od października... dwa lata temu. Dwa pieprzone lata temu.

Spieszyło się człowiekowi do lat dorosłych - dmuchaliśmy kiedyś co sił w świeczki na tortach marząc aby być kiedyś dużym i nie musieć już sprzątać w pokoju. Co sił w głowie myśleliśmy, że nie chcemy już chodzić spać po dobranocce, nie mieć obowiązku chodzenia do szkoły.
- Dzisiaj jak sprzątamy to hurtowo od razu cały dom - z odkurzaniem, myciem podłogi, kibla i wycieraniem kurzów - co ciekawe, bez pomocy mamy. Samemu.
Teraz mogę chodzić spać nawet o 4 nad ranem - o ile rano zdążę wstać i robić sobie kawę do pracy - no tak, szkoły już nie ma - a jak nie mam motywacji do wstania do pracy wystarczy, że zajrzę na stan mojego konta, nawet trup by otrzeźwiał.

Po tych wszystkich latach nauczyłem się kilku rzeczy:
1. Dorosłość to nie jest chodzenie spać o której się chce, tylko pomimo pójścia spać o której się chce i w jakim stanie się chce - wstaje się, nawet jeżeli się nie chce. I to jest odpowiedzialne.
2. Ciepła poranna kawa, rozgrzewa serce, koi umysł po nocnych koszmarach i sprawia, że dusza nabiera chęci do życia - ale i tak najlepiej budzi rozlana na: kolana, klawiaturę, twarz - najlepiej wrzątkiem. Sprawdzone info.
3. W związku nie można być pizdą, która tłumacząc sobie niechęć do kłótni, odpuszcza tylko po to, aby uszczęśliwić "Lepszą połówkę".
4. Jak bardzo pompatycznie to brzmi - trzeba pozostać sobą.

Związki się kończą. Tak to już bywa - nie pierwszy nie ostatni. Na nikim to nie robi wrażenia, prócz samych zainteresowanych. Siedzę teraz skonfundowany i zamyślony nad tym wszystkim.
W związek wchodziłem niczym ogier, niczym pieprzony kogut do własnego kurnika.

Zakochany?
No ba.
Szczęśliwy?
Jeszcze bardziej.

Tylko, że na samym początku jest "lubienie się" - nazwijmy to swego rodzaju fazą pierwszą.

FAZA I

Poznajemy się, zaczynamy gadać, niektóre tematy się kleją - inne mniej. Okazuje się, że masz kilka alergii, nie przepadasz za grami no i umiesz gotować. Początek brzmi nieźle - zawsze brzmi nieźle.

FAZA II

Czyli ogólnie - zauroczenie - co tutaj długo tłumaczyć? Druga osoba jest po prostu idealizowana do granic możliwości. Granie? Eee tam, to tylko godzinka, albo dwie, maks 18h. Pedantka? Skądże?! Po prostu lubi kiedy można się przejrzeć w kafelkach w kuchni. Pierdnął? Pachnie jak Armani. Ona rozbiła ulubiony kubek? Nie cierpiałem go.

FAZA III

To jest ciekawa faza. Bo z jednej strony, dalej się kochacie... ale w sumie już nie lubicie. I nie wiadomo - czy to może skończyło się zauroczenie, czy dalej jesteś zły/a za wczorajszy wieczór. Nie macie już ochoty wychodzić wspólnie do znajomych - ale w sumie jak zadzwoni kupel i zaprosi na piwo - czemu nie. Albo jak zadzwoni koleżanka aby się przejść po galerii - to tylko się wymaluję i lecę.

Ona wchodziła w ten związek niczym Króliczek Playboya, on jak rasowy Hank Moody. I co się zmieniło? Seksowna bielizna dla Króliczka okazuje się strasznie nie wygodna, a Hank jedyne co umie zrobić to poranną kawę z jajecznicą.

I chociaż kiedyś przy tej porannej jajecznicy, nie potrafiliśmy oderwać od siebie oczu, zamiast  jeść tą cholerną jajecznicę rozmawialiśmy albo się po prostu pieprzyliśmy. Dzisiaj zjadła nas szara rzeczywistość. Ja dalej nie jem śniadań, a Ty milczysz powoli kończąc kanapkę, którą sama sobie zrobiłaś.
I jedyny temat, jaki nas już interesuje, to o której kończymy pracę.

FAZA IV - ostatnia

Nawet nikt nie wie kiedy to się zaczyna. Wszyscy natomiast znają koniec. Ostatnia faza nie pojawia się z dnia na dzień. Nikt nie wie, w gruncie rzeczy, kiedy się zaczyna - trwa latami i miesiącami. I to nie jest tak, że wina leży zdecydowanie po jednej stronie - wina zawsze jest pośrodku - najczęściej to kwestia jakiś małych zaniedbań, gówien na które Ty nie zwracasz uwagi, a Ona jak najbardziej. Pierdół, które dla Ciebie są mało istotne, ale dla Niego to ma duże znaczenie.

Czasem ludzie po prostu nie potrafię zaakceptować dalszego rozwoju wypadków.
Tak to już jest, że nawet miłość nie jest w stanie zespoić ze sobą różne charaktery. Czy można się po prostu od siebie uzależnić? Od wspólnego przytulania na noc?

- Jak najbardziej, ale i tak docenia się to dopiero po stracie.

Z drugiej strony nie można przecież zabronić mu wyjść na piwo. Nie można też zabronić jej spotkać się z kolegą. Miłość opiera się na zaufaniu i lojalności. Nikt nie chce żyć w przysłowiowej złotej klatce? Jak będzie chciała to i tak zdradzi - rzeczywistość dwóch pieprzonych tysięcy lat cywilizacji już to zweryfikowała, a jak to powiedział M.G. - Jak suka nie da - pies nie weźmie.
Nie wierzyłem też nigdy w wybór: Albo ja, albo on(a). Wtedy traci się po prostu szacunek do siebie nawzajem. Ostatecznie wiem, że druga osoba po prostu znienawidzi Cię za takie ultimatum. To nie jest też tak, że to jest nie do przyjęcia. Pewnie jest mylyjon związków, którym się udało pomimo ultimatum, pomimo złych doświadczeń etc.


Dzisiaj już przyszło zebrać żniwa. Przemyśleć wszystko, wyciągnąć wnioski i z podniesioną głową przeć dalej naprzód - koniec końców - nikt nie będzie na nas czekał, aż się pozbieramy. Najważniejsze jednak jest to, że przeszłość trzeba pielęgnować, ale nie można nią żyć.