Minęło już 15 lat.
Nie pamiętam już wtedy nawet swojej reakcji - pamiętam tylko przerażony świat. Jakie to mogło mieć znaczenia dla wówczas 8-letniego gówniarza, że jakiś samolot na drugim końca świata walnął w wieże? Nie wyglądało to nawet tak dobrze jak w jakimś filmie - wówczas chyba bardziej mnie poruszył nowy film z uniwersum "Planety Małp" z Markiem Wahlbergiem. Wtedy mi się nawet podobał, dzisiaj podchodzę raczej z dystansem do tego paździerza. Teraz z perspektywy czasu mnie wciąż nie rusza ten ani żaden kolejny zamach w Lonynach czy Madrytach - nie wiem czy to brak jakiejś empatii czy może poczucie, że dzieje się to gdzieś daleko od rodzinnego domu.
Pewnie, że ta seria zamachów miała wpływ na kształtowanie się dalszych losów świata i świadomości społeczeństwa. Jak wcześniej można było mówić o cichej wojnie pomiędzy "cywilizacją zachodu" a "światem arabskim", tak wydaje mi się, że od początku XXI wieku można śmiało mówić o wojnie pomiędzy naszymi cywilizacjami. Pomijam już tutaj pewne kwestie poczucia bezpieczeństwa.
Przez te 15 lat człowiek dorósł - powiadają, że mądrość przychodzi z wiekiem. Im staję się starszy tym bardziej sobie uświadamiam, że wiek przychodzi sam. Straciłem kilka istotnych życzeń podczas zdmuchiwania świeczek - i teraz mogę sobie tylko pluć w brodę, że zmarnowałem je na "chęć szybszego dorośnięcia". Szczerze mówiąc, bycie dorosłym ssie, a co gorsza jeszcze nikt za to nam nie płaci.
Kiedy byliśmy młodzi mieliśmy czas i chęci - brakowało Nam tylko pieniędzy aby spełniać swoje zachcianki. Może to i nawet dobrze? Wydaje mi się, że i tak wszystko byśmy przepierniczyli na paczki chipsów w szkolnym sklepiku, ewentualnie w dziale z zabawkami w najbliższym supermarkecie wielkopowierzchniowym. Uważam, że moje pokolenie, które z radością obwieszcza wszystkim, że zdzierało sobie kolana na drzewach i robiło fikołki na trzepaku (który jednocześnie był tajną bazą, statkiem kosmicznym oraz bezludną wyspą otoczoną przez morze lawy), wcale nie było lepsze pod jakimkolwiek względem od dzisiejszej "młodzieży". Nie mieliśmy internetu - więc ku naszemu szczęściu nikt nie wrzucał bzdurnych filmików na youtuba, gdzie popisujemy się przed resztą klasy robiąc jakieś idiotyzmy. Jedyne co nas odróżnia to to, że zamiast plakatów z Lewandowskim, trzymaliśmy na ścianie Orły Engela i kciuki trzymaliśmy za Olisadebe.
Człowiek dorastał i już zapomniał o dwóch samolotach, które uderzyły w WTC. Zatarły się wspomnienia po przegranej 4-0 z Portugalią w grupie, zmarł jeden papież, a na jego miejsce wybrano kolejnego: o zgrozo - Niemca. Polska weszła do Unii Europejskiej, wychodziły kolejne książki z serii Harrego Pottera, a plakaty piłkarzy powymienialiśmy na seksowne dziewczyny ponętnie patrzące ze ścian. Zamiast łapać piłkę na boisku zaczęliśmy marzyć aby złapać za młode jędrne cycki Zosi z równoległej klasy, o której marzyło pół szkoły.
Wciąż mieliśmy czas, który ograniczany był tylko przez plan lekcji i zadania domowe, mieliśmy chęci i energię do przenoszenia gór - lecz brakowało w tym wszystkim bodźca, który sprawiłby, że sami odkrylibyśmy ścieżkę, którą chcielibyśmy podążać.
Minęło ćwierć wieku życia, 15 lat od pamiętnych wydarzeń, a największa różnica polega na tym, że świat przyspieszył.
Monitory "schudły", tracą tzw. dupę, telefony również się zmniejszyły (chociaż ekran zrobił się większy), gry mają lepszą grafikę - chociaż kwestie trudności i długości gier zostały dostosowane do zmniejszającej się średniej IQ społeczeństwa.
Nikt tak na prawdę nie wie, co chce ze sobą robić w Nowym Lepszym Świecie, ludzie bez pasji oraz zainteresowań marzą jedynie o tym, aby się upalić, zagrać, wypić i poruchać - jasne, brzmi jak niezły plan... ale czy na resztę życia? Czy mój problem polega na tym, że mam niewiele większe ambicje? Tylko co z tego jeżeli swój plan ograniczam nie do tego co chcę robić, tylko odpycham się od tego czego NIE chcę robić.
Nie mógłbym paradować w mundurze - nie potrafiłbym bez cienia refleksji wykonywać czyiś planów. Nie mógłbym być robotnikiem, nie boję się pracy fizycznej i nie raz miałem bród pod paznokciami, to jednak poniżej moich średnio-wygórowanych ambicji. Nie mógłbym być górnikiem i siedzieć godzinami ze schylonym grzbietem w ciemnościach. Nie mógłbym być elektrykiem, chociaż interesowało mnie zawsze skąd się bierze prąd w pieprzonej żarówce to zostałem przez niego kilka razy brzydko potraktowany i powiedzmy, że mam małą awersję. Nie chciałbym być również urzędnikiem - chyba bym się bał, że ten krawat mnie kiedyś udusi. Pewnie nie odnalazłbym się jeszcze w kilku zawodach uznawanych za pożyteczne przez społeczeństwo - czy to oznacza, że jestem pasożytem?
Nie oglądam telewizji, nie czytam gazet. Mecze mnie nie łechcą i nie jestem fanem warszawskiej Legii. Interesują mnie książki, które odrywają mnie od rzeczywistości, może kiedyś zwiedzę pół świata. Lubię pić wino, a najlepiej popijając kolejny kieliszek - pisać. Chociaż niekiedy talentu braknie - nie poddaję się. Wydaje mi się, że to całkiem sporo, chociaż potencjalny pracodawca byłby raczej zażenowany moim CV. Ale cóż można poradzić, jeżeli ja też jestem zażenowany Rzeczywistością. Rozczarowany tym co zobaczyłem, gdy bańka mydlana pękła, a dookoła nie rozszedł się zapach miłego w obcowaniu mydła - tylko gówna.
Dlatego sam wolę sobie wyobrażać co się dzieje poza moim balkonem, aniżeli doświadczać Rzeczywistość i ponownie się rozczarowywać. Rzeczywistość nigdy nie dorówna wyobrażeniom - i może stąd ten zawód. Muszę jednak konfrontować oba światy, aby zebrać doświadczenie, rozczarować się i obudować je wyobrażeniami. Jak to kiedyś napisał Ł. Gołębiecki - bez doświadczeń literatura jest za mało epicka, bez wyobrażeń za mało liryczna.
Świat się zmienił przez te 15 lat. Autobus życia jedzie dalej i nie będzie na nikogo czekał. Albo zostajesz z tyłu albo siedzisz w wagonie. Nie istnieje w tym przypadku żaden "złoty środek". Ja też się zmieniłem, i chociaż jestem pewien, że to były dobre zmiany - to czasami zastanawiam się czy nie zgubiłem czegoś po drodze.
Nie wiem, na przykład czegoś tak trywialnego jak... uśmiechu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz