poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Stosunki dyplomatyczne na linii Mars-Wenus

Czasem tak bywa, że trafia się Wam randka. Kolacja w drogiej restauracji, spacer w parku, piwko w plenerze bądź śniadanie u niego (po kolacji we wspomnianej wcześniej restauracji).

Ale jak rozpoznać, czy facet który ewidentnie jest ciekaw co masz pod spódnicą jest wart Twojej uwagi? Jakich cech poszukiwać u białogłowej, która ewidentnie na Ciebie na leci?

Wiadomo, że nikt nie chce aby związek kręcił się dookoła batalii o wynoszenie śmieci, mycie naczyń czy znowu On zapomniał ściągnąć pranie (mimo że pamięta wszystkie cooldowny na superumiejętnościach wszystkich postaci w swojej ulubionej grze). Ona znowu zostawiła podpaski w rogu łazienki, zmywacz do paznokci czuć już na korytarzu - wszystko jest tak na prawdę do dogadania
Jak już wspominałem we wcześniejszych postach - "Faza 1" kiedyś się kończy - i czujesz pod skórą, że trzymanie się za rękę podczas spaceru chyba przestaje Was podniecać - koniec końców, ktoś z psem musi wyjść na spacer, a ktoś ugotować posiłek.
I tak krojąc marchewkę przypominasz sobie początki, kiedy albo cały czas rozmawialiście albo pieprzyliście się jak fretki. Przypominasz sobie jaki był romantyczny podczas pierwszych walentynek oraz jak wspólnie wyczekiwaliście na zachód słońca z balkonu.

Płeć piękniejsza ma zadziwiającą umiejętność wiary, że druga osoba zmieni się pod wpływem miłości. Czekacie rok, dwa lata.... a czas leci - on się nie zmienia. Ba! Zaczął nawet rozmawiać z inną babką. Coś zaczęłaś przebąkiwać o zmianach, stawiasz ultimatum - a on wciąż jest taki sam.
Ale czy to na pewno dobre podejście?
Czy ktoś powinien się zmieniać specjalnie dla drugiej osoby? Ile razy słyszało się o historiach, gdzie on/ona się zmienia, poprawia swoje błędy, wady i niedociągnięcia - a kończy się na tekście:
- Nie jesteś już taki/taka jak kiedyś. To już nie jest to samo, zmieniłeś/aś się.

Wydaje się więc, że chociaż pod wpływem miłości gotowi jesteśmy gotowi na największe poświęcenia i zmiany w swoim życiu - nie powinniśmy iść w tym kierunku. Z jednego prostego powodu - miłość nie wymaga poświęceń i zmian. Oczywiście, że trzeba nad sobą pracować, poprawiać wady i golić pojedynczą brew. Pamiętajmy, że partner/partnerka jest też wizytówką dla swojej drugiej połówki.
Zasada jest prosta, albo bierzesz wszystko albo nic. Bierzesz cały pakiet i nie żądasz po roku zmiany tego, tego i tamtego - to mija się z celem - brałeś taką osobę, w takiej się zakochałeś - i zmieniając ją, tracisz osobę w której się zauroczyłaś. Zasada "wszystko albo nic" wyznawana przez większość facetów zdaje się być o wiele lepszym rozwiązaniem i podejściem do związków. Taki facet podchodzi do swojej partnerki  jak do jednej spójnej całości, która jest nienaruszalna i autonomiczna.

Prawie każdy facet z góry poszukuje w swojej partnerce pewnych cech: ma być spontaniczna, dobrze gdyby sprzątała i była po alkoholu zawsze napalona).

UWAGA ŻART

Co różni grzeczną dziewczynę od nimfomanki?
- Dwa promile
badum-tsss....

Oczywiście narzucając sobie pewne schematy: tylko blondynki, cycate, niepalące, grające w gry, z długimi nogami (wszystkie cechy na raz, albo wybiórczo), możemy w teorii stracić szanse na spotkanie tej jedynej.
Koniec końców może być ona niską brunetką która grać potrafi tylko w Tetrisa, a i ta gra może jej sprawiać manualne trudności. Mimo wszystko wydaje mi się, że facet szuka dwóch konkretnych cech u dziewczyn.
Pierwsza to jak się z Tobą rozmawia, czy wciąż obgadujesz jakąś inną laskę (to jest raczej passe), czy drzesz japę jak rozwydrzona małpa (to raczej też nie jest wskazane), ciężko jest tutaj tak naprawdę określić jakieś konkretne cechy, które nas pociągają. To jest kwestia indywidualna każdej parki. Na pewno warto patrzeć facetowi w oczy kiedy mówisz, albo kiedy go słuchasz i nie masz ochoty dalej wpatrywać się w to ciasteczko przy kawie... pieprzona dieta. Ale nie musisz przy tym też robić miny numer 27 - na sytuacje kiedy w barze chcesz po prosić o kolejnego drinka seksownego barmana. Chodzi o to aby dać do zrozumienia, że jesteście równi
Nie można zaprzeczyć, że taki typ "Łowcy" istnieje, który na ścianie obok głowy jelenia chciałby powiesić jej cipkę. Łatwo poznać takiego typa po prężących się muskułach. Taki typ John'ego Bravo ale w wersji znad Wisły. Jaki kraj, taki Johny.

Jeżeli sytuacja idzie w dugą stronę i taki facet spuszcza wzrok z jakimś zawstydzeniem - to albo możecie się bawić w dominatorkę, czego na dłuższą metę nie polecam, bo same się zamęczycie z facetem który przed pozmywaniem naczyń będzie golił swoją cipkę! Tak to się kończy, ucięciem jaj. Lepiej już zostawić w jeziorku małą rybkę - może coś z tego kiedyś wyrośnie?
Zgodnie z drugą opcją - po prostu go olać. Ale kulturalnie, z przypływu dobrodziejstwa daj misia na do widzenia i heja. Szkoda marnować jego i swojego czasu.

Druga cecha, której poszukujemy to dwie ręce, para oczu i nogi ze zginającymi się kolanami w stawach. Oczywiście jak mówi mądre przysłowie: Facet nie pies na słoninę nie poleci, no i nie sroka by kości gryźć. (czy jakoś tak). Ale w gruncie rzeczy tak jest. Nie każdego kręcą laski 10/10. Niektóre rzeczy których w sobie nie cierpisz (piegi, pieprzyk czy inna pierdoła) - nas najzwyczajniej w świecie pociągają. Nie wiem dlaczego tak jest, ale to jest potwierdzone info - czasami faceci po pijaku rozmawiają na różne tematy.
Ważne też w tym wszystkim, abyś nie kryła się pod toną makijażu. Jasne, że jeżeli akurat zrobił Ci się pryszcz na środku czoła i wyglądasz jak jakaś hinduska - warto to zakryć.
Każdy facet który jest obdarzony chociaż minimalnym instynktem samozachowawczym będzie Ci deklarował, że pięknie wyglądasz bez niego, (make-up'u przyp.aut), ale w gruncie rzeczy zadziwisz go swoją niesamowitą urodą dopiero wtedy, gdy spędzisz pieprzoną godzinę w łazience.
Oczywiście, że kobieta najbardziej uroczo wygląda w roztrzepanych włosach w męskiej koszuli zajadając jajecznicę w łóżku z rana, a po nocnych harcach do świtu śniadanie może być nawet i około 14 - nieważne.
Prawdziwemu mężczyźnie nie zależy tak na prawdę na jakiś konkretnych poszukiwanych cechach. Szuka pewnego stabilnego kąta w życiu, emocjonalnego. Być pewnym wzajemności uczucia drugiej osoby, to chyba najbardziej pożądana cecha XXI wieku.
W czasach gdy wszystko dzieje się w tempie ekspresowym. Szybko wysyłamy smsy, poszukujemy linków do plotek, szybko się poznajemy i spragnieni ciepła i ramion szybko idziemy do łóżka.
Potem równie szybko można o sobie zapomnieć.

Warto pamiętać, że nie każda dziewczyna, która wskakuje do łóżka, jest od razu łatwa. Nie każda jest też od razu desperatką - niekiedy facet jest po prostu na tyle uroczy, że można z nim iść do łóżka "wykorzystać go" albo po prostu dobrze się bawić. Koniec końców zaletą XXI wieku jest to, że kobiety nie są z natury uległe i same decydują o swoim losie i kto będzie grzał im łóżko.
Ale kiedy jeszcze zaspana budzisz się pod nieswoją pościelą, każdy facet się na chwilę zatrzyma - aby podziwiać trofeum, aby spojrzeć czy bez makijażu też jesteś pociągająca albo żeby się zakochać.
Najważniejsze jednak powstaje pytanie: czy będzie chciał Cię jeszcze z rana przygwoździć do materaca, czy może najpierw zaproponuje kawę. Czy po prostu chcę Cię przeruchać czy może po prostu dobrze mu się z Tobą rozmawiało i tym go zauroczyłaś podczas kolacji.
Wydaje mi się, że to jest właśnie ten moment, w którym najłatwiej rozpoznać czy to jest ten strzał w dziesiątkę, czy może tylko wspomniane 2 promile - po kolacji.

środa, 24 sierpnia 2016

Dziewczynka w opałach

- Gdzie ta Twoja skrzypaczka?
Hę? - zapytałem nieprzytomnym głosem.

- Noo, to dziewczę, które grało koncerty w środku nocy dla Ciebie?
Grała chyba bardziej dla siebie niż dla mnie, zgubiła się.

- Zgubiłeś ją?
Nie! No co Ty? Przecież nie jestem tym typem, który gubi dziewuchy pomiędzy zachodem a wschodem słońca. Sama chciała się zgubić - utopić we własnym smutku nieszczęśliwej miłości. Może właśnie stąd się wzięła ta gra na skrzypcach, koniec końców, to chyba najsmutniejszy instrument muzyczny. Nigdy wcześniej nie widziałem tak smutnej duszy.
To jest ten typ Dziewczynki która, słuchając Doris Day przegryza wargi do krwi. Jak sama śpiewa wraz z Końcem Świata Serce Jej Popękało, przeglądając się w czarnym lustrze marzy aby on się do niej odezwał chociaż wie, że to nierealne - okłamuje sama siebie - a kolejny łyk wina popija niepowstrzymanymi łzami. Przestała już wierzyć w rzeczywistość - gotowa spalić za sobą wszystkie mosty aby osiągnąć swoje szczęście, które tli się niczym światełko w środku ciemności. Ma też ciemno niebieskie oczy. Bardzo ciemny odcień. Jakby człowiek się zawiesił w głębi oceanu, gdzie ledwie dochodzi światło. Nigdy w życiu nie widziałem takiego koloru. Ale nawet jej rumieniące się policzki mnie nie zmyliły - to jest też kolor jej duszy. I gdy ją zobaczyłem to wiedziałem, że jest tam ciemno.

Może ostatnią deską ratunku jest dla niej Wyspa Pianosa? A może ulana butelka nikotyny? Wiemy jak samotność nocą boli najbardziej, więc tak wiruje ciepło - od którego sam przecież uzależniłem się wiele lat temu - niby atrapa tego ciepła, ale to było strasznie urocze i... przecież aksamitna skóra po pod moimi palcami była rzeczywista. Taka Dziewczynka w opałach, której ze swojej rycerskiej natury, chciałbym pomóc. Sprawić aby po weekendzie chodziła wyprostowana z głową ku górze, zamiast wpatrywać się smutno w ziemię. Pomóc postawić tę kropkę, aby otworzyła nowy rozdział. Aby poczuła chęć i motywację do działania, i zatraciła się w ich realizacji zapominając o przeszłości.

Nie wydaje mi się aby na pierwszy rzut oka widać było jakieś efekty. Wykorzystałem hipoterapię, i sama określiła ten dzień jako "pierwszy dzień wakacji". Twoja metoda jest bardzo skuteczna i przyjemna w trakcie realizacji. Jeden siwek mnie nawet polubił - chyba.
Oczywiście, że taka Dziewczynka ma doświadczenie w ukrywaniu smutku pod maską, ale wiem, że ten uśmiech był prawdziwy. Takie psychiczne wakacje.

Czy zrobiłem dobrze pozwalając jej jeszcze te kilka dni dłużej uciekać od rzeczywistości? Wydaje mi się, że w jej przypadku to i tak było nieuniknione - w ten czy inny sposób. Spacerowaliśmy razem po Zielonym Lesie z moim psem i czasem, gdy nie śpiewała, starałem się powiedzieć coś mądrego - w taki sposób aby coś przekazać, jakąś wartość która chociaż delikatnie rozświetli dno oceanu? Może będzie przez to miała bardziej miękkie zderzenie z rzeczywistością, która jest przecież nieunikniona. Może sama coś przemyśli na temat tego weekendu? Nie wiemy ostatecznie co nam przyniesie czas.
Oby spokój.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Pokemon GO - dlaczego nie gram?



W Pokemon GO gra teraz prawie każdy - w gruncie rzeczy, społeczność świata podzieliła się na tych, którzy, łapią stworki i chwalą się jakie mają zajebiaszcze pokemony, oraz na tych którzy ich wyśmiewają i całkowicie negują nową modę. W końcu bieganie z telefonem po krzakach szukając wykokszonego Magmara, jest dziecinne - szczególnie jeżeli masz prawie 30 lat na karku a skórzane jasne buty nie zostały kupione z myślą o przedzieraniu się przez błoto.

Jeżeli mówimy o mnie - nie zbliżam się za szybko do 30 - a od jakiegoś czasu moje buty odetchnęły z ulgą. Nie szukam już Magmara (bo mam), ale wspomniana gra zaczyna zbierać kurz w moim telefonie.
Można się zastanawiać, co w takim wypadku zmieniło moje podejście - w sumie o 180'? Przecież już od roku na bieżąco sprawdzałem jak się toczy proces tworzenia, wszystkie plotki i ploteczki - byłem na bieżąco. Koniec końców jestem jednym z tych dzieciaków, które dłużej zostawały w świetlicy szkolnej (po lekcjach) aby z zapartym tchem oglądać przygody Asha z Pikachu, Brocka oraz Misty (ah.... ta moja ruda miłość w króciutkich szortach) trzymającą w dłoniach Togepi.
Powodów jest kilka.


Niantic (kuźnia odpowiadająca za tą grę) zapomniała chyba co tak na prawdę stworzyło siłę pokemonów. I chociaż seria była sygnowała hasłem "ZŁAP JE WSZYSTKIE!". To jednak nie to stworzyło siłę Pokemonów. Jedyne co powodowało, że moja Nidoqueen była najlepsza ze wszystkich to nie było kwestią tego, że złapałem ją mającą xxxCP gdzieś jadąc tramwajem.
Po prostu kiedy na swoim GameBoyu widziałem Nidorana♀ na 3 lvl. to trenowałem go, walczyłem z nim - i nie wymieniałem go po 24 godzinach bo widziałem lepszego pokemona, nie mówiąc już nic o jakimś cholernym przerabianiu tych słodkich stworków na ciasteczka, a później zmuszanie te najsilniejsze do zjadania tych przysmaków - nie wiem czy czymś takim nie powinna się zainteresować jakaś organizacja broniąca praw kieszonkowych potworków.
Teraz gracz na początku wybiera (zgodnie z klasyką) jednego ze starterów i marzy sobie, że będzie miał w przyszłości Blastoisa, albo Charizarda. A tutaj kupa. Bo jedyna możliwość trenowania takiego pokemona, to dorwanie go, przerobienie na ciasteczka i "pompowanie" najsilniejszą wersję Bulbasaura/Squirtla/Charmandera. Co się dzieje ze starterem? O którym marzył każdy mały chłopiec 15 lat temu? Zgadliście - wysłany do dr. Willowa (taka inna wersja Oaka) i przemielony w maszynce na ciasteczka - i tak zamiast przyzwyczajać się do swojego pokemona, dbać o niego i trenować go - wymieniamy na lepszy model - i tak nikt nie lubił Garego, a dzisiaj większość miłośników gry zachowuje dokładnie tak samo jak nemezis Asha Ketchumpa.

Ale to była kwestia przyzwyczajenia - nadawanie imion Pokemonom, walczenie nimi, pewien smutek jeżeli ten pokemon (miał być przecież najlepszy na świecie) zginął w labiryncie w drodze na Ligę.

W żadnym wypadku nie chcę negować tutaj Pokemon GO - jest to ciekawa gra, wykorzystująca "rzeczywistość rozszerzoną".... bla-bla-bla. Złapanie ich wszystkich jest fajne, to jest bardziej kolekcjonerskie podejście do gry, taki "fun" z możliwości złapania swojego własnego Pokemona.
Ta gra miała przecież być realizacją idei, której nie dało się wprowadzić na przełomie wieków. Nie każdy wtedy miał kabelek przy swoim GameBoyu, a teraz każdy ma internet w telefonie i w gruncie rzeczy bez ograniczeń można się łączyć z innymi trenerami. Jednak wciąż nie wprowadzono możliwości wymiany i walk z innymi trenerami.

Apropo walki - bo tutaj Niantic całkowicie dał dupy.
Może po prostu jestem spaczony poprzez granie na moim GB Advance. Ale kiedy walczyło się z innymi trenerami - trzeba było wysilić swoją mózgownicę. Ta gra nie polegała na dynamice, lecz przemyślanych krokach, użyciu odpowiednich umiejętności w kolejności turowej.
Jest Twój Pokemon, przeciwny Pokemon, macie w zestawie 4 umiejętności (wcześniej ustawione, bez możliwości robienia zmian) i nieograniczony czas (nie licząc żywotności baterii) na przemyślenie strategii.


Weźmy teraz dla porównania najpopularniejszą wersję kieszonkowych potworków - Pokemon GO. Jaka jest zasada walki? Klikaj jak najszybciej najszybciej najszybciej - w ten sposób używasz podstawowych ataków. Po czym jak Ci się naładuje specjalny pasek - przytrzymaj palec i masz super zajebisty cios. I tyle, teraz musisz naładować pasek a żeby to zrobić musisz klikać jak najszybciej.

Na samym początku zastanawiałem się jaka będzie ta gra - cieszyłem się jak 12-letnie dziecko, dla którego boże narodzenie przyszło wcześniej. Pokemony są po prostu bardzo mocno związane z moim dzieciństwem, gdzie zbierałem kapsle, karty i kibicowałem Ashowi.
Gra sama w sobie jest fajna, przyjemnie wygląda, super że udało się przenieść chociaż trochę tą ideę złapania pokemonów, które czekają za rogiem pobliskiego sklepu.
Ale gdzieś w tym wszystkim Niantic pogubiło się i poszło na skróty - nie wiem co złego było w określaniu mocy Pokemona na zasadzie levela, zamiast Combat Power?
Całkowicie zapomnieli o historii. O tym, że pomimo zapełniania Pokedexa, to 6 najmocniejszych stworków na swój sposób kochało się, opiekowało się nimi, nadawało imiona i trenowało do ostatniego trenera, który jeszcze chciał z nami walczyć. Co mi po Metapodzie, skoro muszę złapać jeszcze takich 100 (i wymienić je na ciastka) zanim ze swojego 101 będę miał swojego wymarzonego Butterfree?

Jaka jest tego wszystkiego puenta? Chyba żadna. Nie chodziło mi tutaj o żadną puentą - bo co kogo obchodzi, czy będę grał czy może nie. Ale na pewno nie ustawię się po żadnej z barykad. Jeżeli ktoś będzie anty-pokemon GO, będę bronił tej gry, bo jest fajna, kolekcjonerska i fajnie jest mieć własny stos wirtualnych pokeballi z którymi biegamy po parkach. Z drugiej strony, jeżeli ktoś gra w Pkmn-GO i bez cienia refleksji będzie mi mówił, że "idea sprzed 15 lat została zrealizowana" to oznacza, że nie pamięta dlaczego pokemony były hitem oraz nie pamięta skąd Ash miał w historii Charmandera, Bulbasaura czy jak główny bohater walczył o życie swojego Pikachu. Może ta bajka już nie jest tak samo strawna jak przed kilkunastoma laty - ale idee i morały lecące z tej bajki (przyjaźń i lojalność) na pewno niewiele mają wspólnego z grą, o której mówi się dziś na całym świecie.