sobota, 18 października 2014

Jesień, pociąg do Rock City, zmniejszająca się kupka wstydu i spokój

Mamy październik - czas mgły, porannych przymrozków i panicznych ucieczek przed deszczem. Od kilku dni moimi najlepszymi przyjaciółmi stali się gorąca kawa i kołdra. Puszcza Bukowa z mojego balkonu wygląda jak źle poukładane puzzle pełne żółtych, brązowych i rudych barw.
Wraz z pogodą pozmieniało się również trochę w moim życiu. Teraz wszędzie odnajduję włosy. Wszystkie zwierzęta na zimę nabierają futra - ale nie kobieta. Ta odznacza się na przebywanym terenie - na kanapie, w łóżku, w wannie w talerzu z obiadem. Odnoszę czasem wrażenie, że Moja Lepsza Połówka wyrywa sobie pojedyncze kłaczki i pozostawiała w wybranym miejsce ze znaczeniem: "TU BYŁAM" - niczym przestroga dla innych samic: "WARA OD MOJEGO FACETA DZIWKO, TO MÓJ TEREN".
Nauczyłem się też korzystać z pralki. Niczym rasista oddzielam "białe" od "kolorowego", chociaż ostatnio się dowiedziałem jeszcze, że ubrania trzeba przewracać na drugą stronę - wciąż nie wiem dlaczego, ale będę tak robił. Ciągle jednak jestem facetem i mimo, że potrafię wiązać krawaty, odkręcać słoiki oraz nosić ciężkie torby z zakupami - nie umiem prasować. Prawdopodobnie jestem pod tym względem po prostu upośledzony i gdy trzymam żelazko w dłoniach - bardziej gniotę swoje ubrania aniżeli je prasuje.
Ale wiesz co? Nie mieszkam już w Rock City - i nie czuję jakiegoś szczególnego smutku. Po raz pierwszy od wielu... wielu związków. Moje nowe miasto pachnie zdecydowanie cieplej. I mój dom zaczął pachnieć cieplej. Ale nie jest to takie ciepło, o które stara się matka. Ten zapach jest słodszy. Bardziej erotyczny. I wiem, że pociąg powrotny nie pojedzie beze mnie - to pozwalam zebrać mu kurz na peronie.

Czasami czuję, że zapomniałem jak się pisze - oczywiście potrafię sobie poradzić z kartką i długopisem na zajęciach. Ale moje prywatne notatki są coraz rzadsze. Mimo kilku pomysłów, moja książka jak stanęła... tak stoi. Ale tym razem wiem, że moje Rock City wcale nie będzie miało zbawiennego wpływu na tą sytuację. Ostatnio z dumą patrzyłem na całą zapisaną stronicę. Choć zaczęło się od jednego zdania: "Melv na pożegnanie daje mu buziaka w czoło".
Czasami siadam przy laptopie z kubkiem kawy i patrzę na pustą wirtualną kartkę. Powinienem z pasją rozpisywać nad pochłaniającą mnie nostalgią lub sposobami znalezienia źródła hedonizmu tego świata. Idzie mi jak po grudzie i z czasem przypomina to bardziej pisanie mojej pracy licencjackiej aniżeli wpisu na bloga. Do głowy przychodzą miliony pomysłów, z czego jedna połowa jest tak kolokwialna, że mam ochotę sarkastycznie potraktować siebie samego. Tak intelektualnie wyśmiać. A druga - uwierz mi na słowo - nie nadaje się do przekazania, to tak jakby spróbować wytłumaczyć, dlaczego mam tak popaprane w głowie.
Mogę okłamywać siebie oraz innych tłumacząc, że szukam materiałów, albo nadrabiam kupkę wstydu. Chociaż akurat to drugie jest zgodne ze stanem faktycznym. Twardo zabieram ze sobą Huxley'a, na zajęcia i czytam w autobusie, to "Paragraf 22" zadręcza mnie i nie pozwala dokończyć (odnoszę wrażenie, że to będzie mój drugi "Ullyses", którego czytam już od kilku lat - mimo, że książkę już dawno oddałem do biblioteki) to w międzyczasie przeczytałem cztery inne książki i ponownie wróciłem do "Buszującego w zbożu". Właściwie to powinno być pięć książek, ale zabrałem się za "Magiczne Miasto" Drew Lermana. Opisywali tą książkę jako wspaniały debiut), a zamknąłem ją po 100 stronach żałując tych 14 złotych i 99 groszy, które wydałem. Książka jest równie fascynująca i profesjonalna co moje podstawówkowe wypociny. Chroń nas panie przed moimi "wczesnymi" zapiskami oraz kolejnymi książkami Drew Lermana.

Przestałem się też denerwować o wszystko. Przyjmuję to bardziej z uśmiechem... taką wyższością nad tym wszystkim. Nawet kiedy autobus nie mógł ruszyć z pętli przez 12 minut. Drzwi cały czas bzyczały jakby Obcy przedzierał się przez kolejne drzwi w Nostromo, a obok mnie usiadła baba gruba na półtora miejsca i miała zapach świeżo otwartej paczki Lays'ów. Uśmiechałem się chyba tak uroczo, że dziewczyna naprzeciwko zaczęła poprawiać grzywkę raz za razem. Myślę, że można powiedzieć, że odnalazłem swój spokój - nie wiem czy to zasługa mojej ulubionej pory roku. Może to uspokajający widok wielokolorowej puszczy bukowej? Może to Moja Lepsza Połówka wie jak mnie uspokoić? Ja tak naprawdę nie mam pojęcia. Nie szukam też źródła tej sytuacji - myślę, że tak naprawdę wszystko idzie w dobrym kierunku. Jeżeli życie jest jak burza, nie dryfuję już na tratwie, wiem też, że nie przybiłem do brzegu. Nie mogę, życie jest ogromną zagadką i przybicie do brzegu jest krokiem do tyłu. Ale cieszę się, że mogę sam wybierać kierunek i przebijać się przez fale i te małe i te całkiem duże. Myślę, że właśnie to mnie uspokaja - zresztą - z kimś jest zawsze łatwiej.

sobota, 13 września 2014

Pani Jeziora

 W życiu każdego faceta pojawia się dziewczyna, która przybywa znikąd. Może być rónie krótko co mrugnięcie okiem, a jednocześnie tak wyrazista co burza w środku nocy. Wywraca życie do góry nogami, po czym znika. I mogłoby to zupełnie nikogo nie dziwić, gdyby nie fakt, że pozostaje w pamięci i nie chce jej opuścić. Rozważają po nocach jak mogliby zachować się inaczej, postąpić w inny sposób. Chociażby byli najszczęśliwszymi mężczyznami pod słońcem - spełnionymi pod każdym względem, zawahaliby się - a może nawet i bez zastanowienia, rzucili całe swoje doczesne życie - dla tej... nazwijmy ją dla ułatwienia "Pani Jeziora".
Tak już chyba zostało nam wpojone - abyśmy do samego końca poszukiwali romantycznej i wyidealizowanej miłości - ryzykując zdychanie w samotności, albo topienie się w morzu cipek. Przerażeni perspektywą, że na samym końcu i tak nie odnajdą bawiącej się z nami w chowanego "Pani Jeziora". Idea ciepłej kawy z rana, nawet w popękanym kubku, w towarzystwie dziewczyny w roztrzepanych włosach i męskiej koszuli – która pojawia się w życiu aby uchronić faceta przed samotną przyszłością oraz nim samym - jest cholernie kusząca.
Chyba tak to działa - że próbujemy być lepszymi ludźmi ostatecznie spierdalając wszystko dookoła. Najważniejsze jest aby się nie załamać patrząc na płonący Rzym i odpalając kolejnego papierosa od żarzącego się Koloseum i ułożyć kolejny plan. Który może nie wypalić, który może po raz kolejny wszystko spierdolić - ale będąc przypartym do muru, nie pozostaje już nic innego jak odpychać się od niego plecami mając tylko nadzieję, i brak zapewnienia, że Pani Jeziora jest dokładnie taka jak sobie ją wyobrażamy - że nie złapie Nas za rękę i nie poprowadzi w głąb jeziora - na samo dno.

Może właśnie o to chodzi w życiu - które przecież do samego końca jest jedną wielką niewiadomą, że bez względu na to jak daleko mierzymy i dokąd zmierzamy przed nami zawsze jest niewiadoma i nigdy nie będziemy wiedzieli co nas czeka za zakrętem.

środa, 16 lipca 2014

Wakacyjny misz-masz nad kubkiem z KFC w McDonaldzie

Miasto budzi mnie do życia. Otwieram drzwi na balkon i wychodzę, niby tylko po to aby dowiedzieć się jaka jest temperatura i czy przypadkiem może świat nie został zniszczony w trakcie mojego snu. Zostaję tam jednak zwykle chwilę dłużej niż planowałem. O 10:55 przejeżdża pociąg, dzieci z pobliskiego przedszkola bawią się na placu zabaw świecąc niczym mali kosmici w swoich jaskrawych kamizelkach. Sięgam po kubek z kawą i niby już nie jestem w łóżku, ale wydłużam swój okres porannej pobudki o kolejne 20 minut - czas do wypicia kawy z mlekiem.

Zacząłem już ostatni etap przeprowadzki - będąc na weekend w domu spakowałem trzy kartony książek i rękopisów. Dziwne uczucie - człowiek zawsze jak się gdzieś rusza poza dom na dłuższy okres czasu pakuje ze sobą ubrania, szczoteczkę do zębów etc. Czasami nawet się zdarzy zapakować książkę bądź dwie. Ale spakowanie około stu woluminów (whoah! jak to brzmi, jakbym targał ze sobą wiekowe książki) beletrystyki nie zdarza się na co dzień - nie miałem większego problemu aby to zrobić (nie licząc tego, że musiałem zostawić kilka książek, ze względu na ograniczoną pojemność kartonów). Teraz mam inny problem i będę go rozwiązywał z nieskrywaną radością - muszę znaleźć miejsce na półkach miejsce dla trylogii M. Kozak, Dona Corleone i robotów opowiadających sobie bajki na dobranoc.

Lato w tym roku przyszło wyjątkowo gorące - nie tylko ze względu na temperaturę (która pozwala mi się wylegiwać na balkonie niczym jaszczurce na kamieniu) - mam tutaj bardziej na myśli zmiany zachodzące w moim bezpośrednim otoczeniu. Przyszły wakacje, więc nadszedł też czas na rozstania i wakacyjne miłostki. Związki, które wytrzymały ze sobą na prawdę długie okresy czasu i niejedne turbulencje, nagle się kończą. Myślę, że to jest najlepszy dowód na to, że wciąż jesteśmy tylko dzieciakami, które same nie wiedzą, czego naprawdę chcą. Dwudziestoparoletni gówniarze, myślący, że zaliczyli sesję, dziewczynę i mając trzy miesiące wolnego złapali boga za nogi - ot, czas pojechać nad jezioro najebać się ze znajomymi.

Znad laptopa oglądam co się dzieje w McDonaldzie (całkiem zabawne jest to, że śniadanie jadłem w KFC, więc siedzę sobie w konkurencyjnej korporacji z kubkiem dolewki). Młoda dziewczyna, stojąca za kasą uwija się jak w ukropie. Myślę, że mogłaby sobie zrobić zdjęcie z małym labradorkiem i wciąż być najsłodszą istotą na zdjęciu. Grupa gimnazjalistów (a może to wciąż podstawówka?) w grupie sześcioro dzieciaków siedzi przy stole, grają na komórkach i ściągają "apki" (przynajmniej tak się drą na całego "maka". Pamiętam, gdy w tym wieku wyjście do McDonalda było atrakcją samą w sobie. Zamówić ze znajomymi coś do żarcia i cieszyć się niezdrowym jedzeniem. Niczym siwy dziadek mogę powiedzieć: "Ehh... to były czasy" - nie minęła nawet dekada, a czuję się jakby minął cały wiek. Świat gwałtownie ruszył do przodu - przyspieszył i zdaje się nie ściągać nogi z gazu - a co gorsza nie ma zamiaru na mnie czekać zostawiając mnie daleko w tyle z zepsutym adapterem i stosem winyli.

Dawno nie miałem takiego wypadu - od rana latałem załatwiałem różne rzeczy - późne śniadanie w KFC, spacer w ciepłą pogodę - i niby jestem sam w tym McDonaldzie, ale jednocześnie świat dookoła mnie żyje, w radio gra jakiś denny cipkowaty rock, ludzie krążą w tą i w tamtą, wydawałoby się, że bez celu - a ja niczym w małej bańce mydlanej zaciągam się zapachem wakacji, które dają tak dużo niespełnionych możliwości.Oho.... pani kasjerka gdzieś zniknęła. Skoro tak, to McDonald stracił już cały swój urok - ja też będę uciekał.

poniedziałek, 26 maja 2014

Kilka minut wyciętych z życia

W moich słuchawkach wydał się krzyk wokalisty "IA KAMPA!", na środku pustego parkingu również. Pomyślałem sobie, że to nawet całkiem nieźle brzmi i warto o tym napisać - wtedy z tyłu głowy odezwał się swego rodzaju lęk. Tak! Myślę, że to co czuję do pisania, od jakiegoś czasu - to właśnie lęk. Że usiądę i znów nic nie napiszę. I tak od ostatniego wpisu.

Człowiek parzy sobie kawę, otwiera laptopa rozsiada się wygodnie, zapisuje pierwsze trzy zdania, o których myślał przez ostatnie trzy godziny, a później usuwa - widząc jakie są bzdurne. Później szuka się weny w internecie, muzyce... i kończy jak kończy - ostatnią jednak iluzją, że coś się robi pozostaje (smętnie przypominając) biała ikonka z niebieską otoczką i tytuł widoczne na pasku zadań. Rzucam okiem na pasek, niby tylko na chwilę, aby przejrzeć co się tam znajduje i przez ułamek sekundy zatrzymuję się na pliku ".doc" - lecz wydaje się jakby to trwało wieczność. Chwila przemyślenia: "Znowu nic nie zrobiłem" - i wyłączam plik tekstowy. Ale nic się przecież nie zmieni, jeżeli w końcu nie usiądzie i zacznie pisać.

A później się zaczęło - patrzę na brązowe kartony w kącie pokoju, w których popakowałem już część rzeczy. Nagle poznajdywały się rzeczy, które zaginęły trzy lata temu; stos "miedziaków, które wylądowały w skarbonce na nowy adapter, notatki z pierwszego roku, z drugiego roku i z cholera wie skąd jeszcze, naklejki z WOŚPu i Woodstocku, wyrwany artykuł o historycznych koncertach "w plenerze" i fragment chusteczki na której widniał napis: "cierpię na bradykardię". Coś o czym zapomniałem wieki temu, pamiętam jednak scenę, że zapytałem w McDonaldzie w którymś z centrów handlowych:

- Co to znaczy?
- Wolne bicie serca - odpowiedziała jakby to było coś oczywistego.

Pamiętam wtedy, nie przytaczając kontekstu, że pytałem o sytuację czysto uczuciową. Nie ma chyba lepszego momentu na takie wspominki, niż powoli kręcąca się płyta "Tales of Mystery and Imagination"  i przegrzebywanie dawno już zamkniętych szafek. Trzeba wtedy myśleć o tym, że nie weźmie się ze sobą stosu korków po winie, które dumnie leżały w rządku na półce i potwierdzały moje uczucia wobec krwistoczerwonego trunku. Przecież te wina wypiłem w tym miejscu, po co je taszczyć gdzie indziej? Pewien okres już minął i nie ma sensu go ciągnąć - nie wiem czy powinienem "obalić, niczym pomnik przeszłości" (obaliłbym inne rzeczy) - czy jak to mówi sir A. Ferguson - "przeszłość trzeba pielęgnować, ale nie można nią żyć". Nie wiem czy jest to najlepszy mentor, ale cytat mi się podoba.

Znalazłem też plakat (jest to rentgen adapteru do winyli), który kupiłem rok temu i wciąż nie powiesiłem mimo tylu planów. I jeszcze został plakat przedstawiający okładkę "The Dark Side of The Moon", który tyle razy obiecywałem "przekleić" na prostopadłą ścianę i też tego nie zrobiłem. Rozglądam się i myślę, że to niemożliwe, że przyjechałem ledwie z jedną torbą i krzesłem obrotowym. Teraz doszedł karton książek, stos czarnych krążków i elektronika i pokrowiec kijem do unihokeja, kiedy jeszcze uprawiałem inny sport niż emocjonujące szachy i dziki seks.

Karton z makulaturą patrzy na mnie z błagalną żałością - teraz ważą się jego losy. Los zapakowanych w karton notatek z uniwerku, brulionów, rysunków i szkiców - czy te kilka ciężkich kilo wyrzucić czy zabrać ze sobą. Brzmi to trochę jak walka pomiędzy sentymentem a brutalną rzeczywistością.

W rzeczywistości to nie ma tutaj żadnego problemu. Trzeba się po prostu spakować i wysprzątać po sobie szafy zwracając uwagę na to, aby przy okazji pozbyć tego co zbędne. Myślę jednak, że w całej tej próbie bycia kimś dojrzałym i podejmowaniu logicznych decyzji, miło jest na sekundę się zatrzymać i wspomnieć niektóre mniej lub bardziej zabawne historie. Zabunkrowana butelka alkoholu wygląda z kartonu i zachęca mnie abym odłożył na bok bezlitosną rzeczywistość i usiadł, aby jeszcze raz w spokoju spojrzeć na to co tutaj zostawiam. I powiem wam szczerze, że jak to wszystko wspominam: co przeżyłem i czego doświadczyłem w tym czasie, to z uśmiechem podchodzę do tego kartonu i wyciągam kanciastą butelkę, bo jestem z tego zajebiście zadowolony. I żałuję tylko tych rzeczy, których się zbyt bardzo bałem aby je zrobić.

wtorek, 18 marca 2014

Wish you wish here

Przybyła wiosna. Bez pytania zapukała do drzwi i okien wyciągając mnie na spacery z dziewczyną oraz zabawiając piwkami w plenerze. Przebudziłem się dzisiaj pełen niepokoju i chyba przerażenia. Odwróciłem się na plecy i spojrzałem na ołowiane niebo. Powiem szczerze, że tęsknie za czasami, gdzie to słońce mnie budziło - wtedy szczerze tego nienawidziłem. Dzisiaj gdy o 3/4 nad ranem budzi mnie księżyc napieprzając mi radośnie bladym światłem po oczach mam ochotę złapać za łyżkę i podciąć sobie żyły wypukłą stroną.

Próbujemy znaleźć w życiu spokój i niewyczerpalne źródło ciepła, do którego można zawsze wrócić i się przytulić. Rezygnujemy z swojej wolności i zamieniamy swoją rolę na pierwszoplanowy akt w małej klatce, licząc, że tłum ludzi zapłaci i będzie chciał nas oglądać. Nawet nie wiemy kiedy Nasi bohaterowie zamieniają się duchy. Nie zauważamy kiedy ciepła bryza wiatru zamienia się w chłodny powiew wiatru. Nawet nie wiem, kiedy minął cały ten szmat czasu. Odnoszę czasami wrażenie, że przeżyłem kupę rzeczy - a nawet nie mam cholernego pojęcia kiedy to wszystko minęło. Ostatnio dostałem ciekawe pytanie, ponieważ moja pamięć jest dobra, lecz krótka i wybiórcza przytoczę je delikatnie parafrazując:

"Czy teraz, gdy wiem ile rzeczy nie zrobiłem, oraz znając konsekwencję tego co zrobiłem - cofnąłbym czas i coś zmienił?"

Moja pamięć przypomina mi tylko tyle, że wtedy odłożyłem kieliszek. Teraz gdy upijam się kawą znam już odpowiedź - i mam nadzieję, że usatysfakcjonuje osobę, która mi je zadała - Nie. Nie cofnąłbym czasu, ponieważ jeżeli mógłbym cokolwiek zmienić. Moje wspomnienia, błędy i sukcesy straciłyby swoją wartość. To co było - stało się i tego już się nie zmieni. Kapitan Mike powiedział kiedyś, że możemy się wściekać jak pies, że coś poszło źle. Możemy kląć, przeklinać przeznaczenie. Ale gdy nadejdzie koniec, musimy odpuścić.

W życiu żałujemy tylko tych rzeczy, których nie zrobiliśmy - powtarzam jak zdarta płyta, głosem zdartym od alkoholu, zmęczenia i wina. A Nasze wspomnienia i doświadczenie z nich wyciągnięte są bezcenne i bez względu na to jakbyśmy się wściekali i wierzgali to właśnie z nich zostaniemy rozliczeni na "samym końcu".

 Kasandra zapowiadała i nikt jej nie słuchał. Po słonecznych dniach nadszedł okres przyglądania się kroplom na oknie. Błękitne i bezchmurne niebo zniknęło, a miejsce pleneru zajęły pikniki w łóżku. Zdaje się, że to było nieuniknione. Zdaje się też, że krótki spacer na koniec ulicy po alkohol jest częścią tego wszystkiego. Niby wiosna, niby powinno być ciepło, a za kołnierz wpada mi cholernie zimna kropla popołudniowego przelotnego deszczu. Nie wiem jak Wy, ale ja się czuję wydymany w tym roku przez wiosnę. W tamtym roku nie dała nam nadziei i śnieg mieliśmy jeszcze na Lany Poniedziałek. W tym roku po tygodniu ciepłego słońca, krótkich spódniczek, które o mało nie złamały mi karku na mieście oraz okularów przeciwsłonecznych, które wylegiwały się razem ze mną na trawie.... nie zostało nic. Laptop, kawa i niedokończony licencjat, który wydaje się patrzeć na mnie z wyrzutem, że deadline zbliża się nieubłagalnie - ostatni łyk letniej już kawy.

wtorek, 11 marca 2014

Kawa w dwóch kubkach

Dzisiaj znów budzę się skoro "skoro świt" przepełniony zmęczeniem i przeświadczeniem, że mam za mało krwi w alkoholu. W takich dniach jest coś naprawdę przyjemnego.
Człowiek budzi się do "życia", przerywającego bezpardonowo sen. Pozostaje już tylko świadomość...
Świadomość z tyłu głowy o dobrze przeżytej nocy i zmęczenie, które przykuło do łóżka. Patrzę na bezchmurne niebo i oczekuję już tylko na jesienny deszcz w środku wiosny. Odrzucam kołdrę i zastanawiam się czy mam czas zaparzyć sobie kawę....
Cholera... jak zwykle to samo - jeżeli zajęcia mam przed godziną 10, to nie ma opcji, bym zdążył z wypiciem kawy w domu - pozostaje więc albo kupić, albo poczekać do powrotu z uniwersytetu.

Czasami zdarza mi się parzyć kawę w środku dnia - chociaż nie jestem żadnym baristą, rzekłbym nawet, że jest to swego rodzaju profanacja wrzucanie mnie i baristę do jednego zdania. Kawa, cukier, mleko i wrzątek wymieszane w jednym naczyniu - moja kawa zdecydowanie do najmocniejszych i wyrafinowanych zdecydowanie nie należy. Lubię jednak cały rytuał jakim otaczam robienie głupiej kawy w kubku. Otworzenia laptopa, położenia obok kawy i z zacięciem na twarzy wmawianie sobie "dzisiaj napiszę coś do licencjatu"/"dzisiaj napiszę coś na bloga" - raz wychodzi, raz nie - ale na serio, sprawia mi to cholerną radochę. Szczególnie, gdy otwieram okno i patrzę jak to wszystko jest skąpane w pomarańczowej poświacie słońca, które chowa się za blokowiskiem.

Lubię to miasto i wolność, która płynie z każdorazowego przyjechania tutaj. Chociaż bywa szare i czasami odpychające, to za każdym razem jeszcze dobitniej przekonuję się, że poranek pełen zwariowanych sytuacji jest lepszy niż rozciąganie się samemu na całym łóżku tylko dla siebie.
Próbując przeżyć to dziwactwo zwane życiem, parokrotnie dostałem prosto w ryj kilkoma wariackimi lekcjami:

Po pierwsze: Wieczór spędzany w towarzystwie jest najciekawszą opcją jaką może znaleźć dla siebie człowiek. Z natury jesteśmy istotami społecznymi, a bycie pustelnikiem jest naprawdę fajne - lecz tylko na krótką metę. Człowiek aby czuć się dobrze, musi mieć świadomość, że jest komuś potrzebny, że ktoś go chyba kocha. Niektórzy znajdują sobie kogoś tylko po to aby właśnie z tą osobą żyć - nie dlatego, że jest to "ta jedyna/ten jedyny", po prostu nie chcą być sami i chcą mieć pewność, że na starość nie zostaną po prostu sami. W hierarchii potrzeb nazywa się to mądrze: "potrzeba miłości i przynależności" - niby takie oczywiste, a jednak kurwa takie ciężkie do zdobycia.

Po drugie: Czasami chcielibyśmy aby sen stał się jawą, a później rzeczywistością. Ten kto by to przeżył, były najprawdopodobniej najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi - przeżywałby swój najlepszy czas i nie chciałby aby kiedykolwiek się kończył. Ludzie dookoła mnie radzą sobie doskonale. Wiem, że czasami ciężko walczą aby ich sen stał się rzeczywistością. Takie osoby zasługują na największy "szacun ludzi ulicy" - mimo iż czasami może nam się wydawać, że wybierają najłatwiejszą linię oporu, dla nich może to być czarny szlak pod górę bez żadnych zabezpieczeń. Z możliwością upadku z wysokości i sponiewierania się... tylko dla walki o własne sny.

Po trzecie: Ostatecznie każdy chce być jak każdy inny. Zupełnie normalny, każdy chce wiedzieć, że jego jutro jest bezpieczne. Każdy szuka kogoś kto w każdej chwili może wysłuchać nasze nadzieję i obawy. Każdy szuka bezpieczeństwa. To jest cel do którego każdy dąży tak samo jak każdy inny. I jeżeli jest to normalne, to każdy chce być w tym przypadku jak inni. Nie ludzi idealnych. Lecz są ludzie, którzy potrafią oddać naprawdę wiele, by druga osoba była szczęśliwa i czuła się bezpieczna. Nie wiem czy tak jest naprawdę - ale to jest chyba idealne?

Dzisiaj chyba znów będę zasypiał zmęczony w środku nocy gdy normalni ludzie już śpią. Widać nie jestem normalny. Nawet w taki słoneczny dzień patrzę się na horyzont w nadziei, że oprócz spędzenia niespokojnego wieczoru w gronie znajomych, wypicia alkoholu, pośmiania się i wybawienia - rano obudzę bez wariackich sytuacji, oraz, że będę mógł wstać i zaparzyć kawę... tym razem w dwóch kubkach.

środa, 26 lutego 2014

Koty zawsze maja dobry seks - sinusoida życia - badania amerykańskich naukowców na temat biustu.

Człowiek budzi się rani i nagle wie, że życie nabrało rozpędu. Patrzę za okno popijając sobie kawę i słyszę drące się koty. Jedna kotka ucieka, a za nią zapieprza pięć innych. Cóż, kiedy porównam ta sytuację do ludzi - nie jestem w stanie sobie wyobrazić sytuacji, aby jedna gimnazjalistka odmówiła swoim kolegom. Wydaje mi się, że natura jakoś ostatnio przyspieszyła. Wiosna wcześniej przyszła (koniec końców, mamy jeszcze luty), a koty zamiast hałasować w marcu, zaczęły szaleć z okazji walentynek. Przez uchylone okno słyszę jak się drze. Delikatnie podnoszę brwi, przymykam okno i pogłaśniam album "L.A. Woman"... Ale tak naprawdę nie do tego dążę.

Po ostatnich zdarzeniach z mojego życia zwróciłem uwagę na jedną rzecz. Życie jest jak taka sinusoida - wiem, że to jest dziwne, że humanista, który od czasów podstawówki musiał się bronić i walczyć o ocenę mierną z matematyki używa takiego porównania, ale chyba mogę to zrzucić na grono umysłów ścisłych, z którymi od jakiegoś czasu utrzymuję kontakt. Od dłuższego czasu nie jestem w stanie wylać na papier ani jednego słowa. Mam nadzieję, że to nie jest złudna nadzieja, że jeżeli w końcu uda mi się tutaj cokolwiek opublikować, to zmieni się moje podejście do tego problemu. Prócz tego, że ruszyłem z licencjatem oraz, że mój "kubek z kawą" nabrał... nazwijmy to bardziej cielesnych kształtów, tak między bogiem, a prawdę moje życie chyba od dłuższego czasu stoi w miejscu. Myślę, że tak naprawdę trzeba walczyć o swoją przyszłość i bez względu na to jak nisko na sinusoidzie życia  możemy się znaleźć, trzeba potrafić podnieść głowę i szukać wyjścia z sytuacji. W innym przypadku chyba nie ma co marzyć o tym, aby wyrwać się z emocjonalnego kanionu. Patrzę na kawę i tak sobie myślę, że dawno widziałem tak samotnej kobiety.

Nie mówię o takich patetycznych bzdurach typu: "Spójrz jak te pieprzone słoneczko ładnie nam świeci", bądź jeszcze bardziej irytujące teksty o śpiewających ptaszkach. W takich momentach człowieka bardziej irytują takie rzeczy aniżeli w jakikolwiek pocieszają. Kurwa, to jest jakby ktoś poszedł do Magika i powiedział: "Nie skacz" - szczerze? Na jego miejscu prawdopodobnie skoczyłbym dla przekory samej w sobie. Ale dość tego, bo jeszcze ktoś to w końcu wykorzysta przeciwko mnie.

Wydawałoby się, że to prawda znana od wieków, w końcu każdy wie, że takie atrakcje jak cycki działają na męskie ciało. Zwiększona pojemność płuc? Wyostrzona spostrzegawczość? Szybsza praca mózgu? Nic z tego moi drodzy - patrzenie na kobiecy biust sprawia, że się uspokajamy, nasze ciśnienie krwi obniża się, tętno staje się wolniejsze, a nasze arterie czystsze i bardziej przepustowe. Wielu z Was przeciera pewnie teraz oczy ze zdumienia: przecież powinno być odwrotnie - nerwowe podniecenie, skok ciśnienia i przyspieszenie tętna. Odpowiedź w mojej ocenie na to jest prostsza - mamy za mało krwi w mózgu. Nie będę ukrywał, że niezwykle cieszą mnie wyniki badań owych "amerykańskich naukowców". Teraz w końcu mam na prawdę dobrą odpowiedź, na to dlaczego nie patrzę "jej" w oczy.

Ostatnim dużym łykiem dopijam kawę, jaka mi została, patrzę przez odsłonięte firanki na świat skąpany w ciepłych promieniach słońcach. Patrzę na dno kubka i myślę, że nie tylko wiosna przyszła wcześniej w tym roku - cały świat przyspieszył, zwariował i wydaje się być opętany w chocholim tańcu.

piątek, 10 stycznia 2014

Zawieszony w czasie

Znowu ominął mnie deszcz. Mam to dziwne szczęście, że pada tylko wtedy, gdy jestem w jakimś pomieszczeniu, i wychodzę już tylko na mokre ulice. Ze słuchawkami na uszach patrzę na błyszczący się asfalt. Kiedyś przeczytałem gdzieś, że pod drzewami deszcz pada dwa razy. I tak jest właśnie w życiu - w środku zimy pada mi wtedy za kołnierz jesienny deszcz. Sprawdza się zawsze. Również w kontaktach z ludźmi.
Na samym początku jest cisza. Typowa cisza przed Burzą. Człowiek czuje gdzieś w środku, że coś już jest nie tak. Jakby w płucach nie było powietrza, tylko kosmiczna próżnia, nad którą nie potrafi zapanować. Budzi się, łudząc, że będzie to słoneczny dzień. Patrzy przez okno na ołowiane chmury i liczy, że słońce zaraz wyjdzie radośnie oznajmiając, że był to tylko żart.
Słychać już w oddali grzmoty. Nozdrza wypełnia ciężkie powietrze. Po chwili niebo zasłaniają ciężkie chmury. Człowiek próbuje uniknąć błyskawic, skacząc w tą i z powrotem. Czekając na chwilę wytchnienia. Szukając schronienia przed deszczem, biegnie przed siebie szuka suchego skrawka, przy którym będzie mógł się zatrzymać, odetchnąć i przeczekać, aż to wszystko się skończy. I kiedy tylko schowa się pod drzewo, które wydawało się jego azylem w tym czasie, okazuje się, że pod drzewem również pada. Że nie uratuje go od Burzy i dalszego uciekania.
I burza i ludzie, mają to do siebie, że nigdy nie odchodzą na pstryknięcie palcem. Burza cichnie i idzie dalej, rujnując to co spotka na swojej drodze. Człowiek może iść dalej, pamiętając tylko o przeskakiwaniu nad kałużami, unikaniu pękniętych płytek chodnikowych, pod którymi zbiera się woda. I mając w pamięci to, że powinien unikać drzew, których liście są mokre i byle podmuch wiatru może sprawić, że Człowiekowi spadnie za kołnierz deszcz. Zostaje po tym wszystkim zapalić gorzkiego papierosa, który zdaje się mówić, że był jedynym ciepłem na jakie mógł sobie pozwolić Człowiek.
Po popołudniowej Burzy chmury rozwiewają się przeganiając Burze w innym kierunku. Na oczy pada chowające się za horyzontem słońce. Miasto kąpie się w ciepłych promieniach, które rozświetlają ulice na pomarańczowo. Od kałuży odbija się słońce. Wydaje się, że jeden z mieszkańców ulicy przy otwartym balkonie zasłuchuje się w solówce Manzarka - ciche chlupnięcie - to but trafił w środek kałuży. I już to nawet nie drażni. Po całej tej Burzy na twarzy Człowieka widać zrozumienie i ten sam wzrok, którym patrzy się na małego kotka, który nabroił, lecz jest tak bezbronny i słodki, że nie można go ukarać. Niesamowity spokój, który wiąże emocje i serce. Wręcz nirwana - nie ma żadnych obrazów, które miotałyby się pod zamkniętymi powiekami. Myśli błądzą w zupełnie innej galaktyce, zawieszone w czasie, który płynie wolniej niż nasz.

Burze mają to do siebie, że potrafią w naszym świecie potrząsnąć drzewami. Potrafią też sprawić, że zmieniamy swoje podejście do Niej. Jedni starają się ich unikać, lecz to jest nieuniknione, aby kiedyś się z nią skonfrontować. Można wylegiwać się na łące, w ciepłym słońcu przy muzyce Fismoll'a, lecz ludzie dookoła nas są tak bardzo różni, że nigdy nie wiadomo, czy po pięknym poranku, ciepłym popołudniem nie poczujemy dziwnego uścisku w żołądku - taka Burza potrafi wywrócić cały świat.
W całym tym zamieszaniu, nie zauważamy, kto z otaczających nas ludzi może zachować się jak drzewo. Oszukując, że schroni nas przed deszczem - w rzeczywistości, atakując po przejściu Burzy.
Kiedy wydaje się, że nie ma już schronienia, okazuje się, że nawet Zimna Kawa potrafi ogrzać tak mocno, że Człowiek ma ochotę tylko przytulić się mocniej, i już nie puszczać. Obudzić się rano i spojrzeć, na pojedyncze chmury, które mienią się wchodzącym słońcem. Uśmiechnąć się na widok kubka, który pozostawiony wieczorem na parapecie zdaje się nie zdawać sprawy, że się obudziłem i podziwiać ten sam widok.