wtorek, 18 października 2016

Podlewam uschnięte kwiaty

Uczyniłaś mnie takim jaki jestem. I chociaż jak nikt potrafię zgrywać twardziela - w środku dopada mnie chandra. Nocami dokarmiam myśli, które już dawno powinny zginąć w otchłani zapomnienia. Nie jest to dobre, ani zdrowe - ale to trochę jak uzależnienie.

Zaparzając sobie kolejną kawę patrzę na kwiaty które uschły, zdaje się z dnia na dzień. Podlewam je, ale nigdy nie miałem ręki do roślinności. Patrzę na kalendarz Żaków - data niezmiennie pokazuje początek czerwca. Brakuje mi przy tym kota. Pod tym kalendarzem mogłaby stać jego miska. Miałbym dobry powód aby wyjść na zewnątrz - chodziłbym na zakupy. Butelka alkoholu, puszka dla kota oraz paczka gum do żucia. Niczym prawdziwy wyzwolony, silny oraz niezależny mężczyzna. Ale nawet taki typ jak ja musi czasami wyjść. Jeżeli się chce pisać - trzeba obserwować. Na balkonie robi się zimno, a i to obserwatorium ma swoje ograniczenia.  Przed wychodzeniem do ludzi warto odprawić mały rytuał. Jest przynajmniej powód aby się ogolić, a do tego zabiegu warto przygotować się psychicznie i najpierw zrobić sobie kolejną kawę. Nie mam problemów kwestii technicznej. Nie zacinam się, nie pamiętam nawet kiedy ostatni raz poleciała mi krew. Nie wyskakują mi też jakieś czerwone plamy na ryjcu. Po prostu nie lubię się golić - a na nieszczęście Ra pokarał mnie strasznie przykrym zarostem. Zanim się człowiek ruszy warto pogasić jeszcze wszystkie światła w domu. To jest ostatni moment aby pocieszyć się ostatnimi chwilami spokoju i ciszy. ♫

Zgubił mnie Twój uśmiech - jakie to wyświechtane. Zuchwałe oczy, które dobrze wiedzą czego chcą i tak bardzo nieopanowane włosy. Zostałem skazany na Twój urok. To był najprzyjemniejszy wyrok jaki usłyszałem. Marzyłoby mi się dożywocie. Zgubiony w tych oczach, zahipnotyzowany w tym uśmiechu.

W ustach wciąż czuję ten smak. Smak niewymuszonej chęci - jego wspomnienie przeplata się z drinkiem soku winogronowego z wódką. Nieznaczący, nic nie zmieniający, lecz poruszający umysł i przyspieszający bicie serca. Bez zapowiedzi, bez żadnej obietnicy.

Czuję smak tych ust obiecujących zapomnienie. Od całej otaczającej szarości. Od smutnych ludzi udających się na autobus nocny. Od samotności tej nocy. Było już ciemno i jedynie pomarańczowe światło latarni pokazywało nam drogę. Było już zimno, jednak alkohol w krwiobiegu rozgrzewał nasze myśli. Złapał nas deszcz, lecz niezauważenie przemykaliśmy pomiędzy kroplami w stronę drzwi. Przeskoczyliśmy kilka kałuż, inne obiegliśmy - klnąc, że nie mamy parasolki.

I nie interesowało nas nic - byliśmy jak dwie zagubione dusze poszukujące ognia. Rozpaliliśmy wszystkie uczucia jakie mogliśmy z siebie wykrzesać - i nie potrzeba do tego słów. Wystarczyła głębia oczu. Obietnica nie do spełnienia.  I chociaż garnęliśmy się do tego uczucia - oboje trzymaliśmy gardę. Oboje pragnęliśmy tego oszustwa, tak nieszkodliwego. Ale czy znając zawczasu finał wciąż możemy czuć się oszukani?

Ktoś tutaj był już przed Tobą. Ja również byłem spóźniony. Powiedziałbym, że ten pociąg nie pojedzie jeżeli Nas w nim nie będzie. Ale to będzie kłamstwo - odjedzie. I nikt się wtedy nie obejrzy. I pewnie też nie będę miał ze sobą parasolki. Brakuje tylko wyschniętego jesiennego liścia w książce - na pamiątkę, że kiedy jeszcze otworzę tę książkę, to nagle powrócisz we wspomnieniu ulotnym jak ostatnia jesień.