Mamy październik - czas mgły, porannych przymrozków i panicznych ucieczek przed deszczem. Od kilku dni moimi najlepszymi przyjaciółmi stali się gorąca kawa i kołdra. Puszcza Bukowa z mojego balkonu wygląda jak źle poukładane puzzle pełne żółtych, brązowych i rudych barw.
Wraz z pogodą pozmieniało się również trochę w moim życiu. Teraz wszędzie odnajduję włosy. Wszystkie zwierzęta na zimę nabierają futra - ale nie kobieta. Ta odznacza się na przebywanym terenie - na kanapie, w łóżku, w wannie w talerzu z obiadem. Odnoszę czasem wrażenie, że Moja Lepsza Połówka wyrywa sobie pojedyncze kłaczki i pozostawiała w wybranym miejsce ze znaczeniem: "TU BYŁAM" - niczym przestroga dla innych samic: "WARA OD MOJEGO FACETA DZIWKO, TO MÓJ TEREN".
Nauczyłem się też korzystać z pralki. Niczym rasista oddzielam "białe" od "kolorowego", chociaż ostatnio się dowiedziałem jeszcze, że ubrania trzeba przewracać na drugą stronę - wciąż nie wiem dlaczego, ale będę tak robił. Ciągle jednak jestem facetem i mimo, że potrafię wiązać krawaty, odkręcać słoiki oraz nosić ciężkie torby z zakupami - nie umiem prasować. Prawdopodobnie jestem pod tym względem po prostu upośledzony i gdy trzymam żelazko w dłoniach - bardziej gniotę swoje ubrania aniżeli je prasuje.
Ale wiesz co? Nie mieszkam już w Rock City - i nie czuję jakiegoś szczególnego smutku. Po raz pierwszy od wielu... wielu związków. Moje nowe miasto pachnie zdecydowanie cieplej. I mój dom zaczął pachnieć cieplej. Ale nie jest to takie ciepło, o które stara się matka. Ten zapach jest słodszy. Bardziej erotyczny. I wiem, że pociąg powrotny nie pojedzie beze mnie - to pozwalam zebrać mu kurz na peronie.
Czasami czuję, że zapomniałem jak się pisze - oczywiście potrafię sobie poradzić z kartką i długopisem na zajęciach. Ale moje prywatne notatki są coraz rzadsze. Mimo kilku pomysłów, moja książka jak stanęła... tak stoi. Ale tym razem wiem, że moje Rock City wcale nie będzie miało zbawiennego wpływu na tą sytuację. Ostatnio z dumą patrzyłem na całą zapisaną stronicę. Choć zaczęło się od jednego zdania: "Melv na pożegnanie daje mu buziaka w czoło".
Czasami siadam przy laptopie z kubkiem kawy i patrzę na pustą wirtualną kartkę. Powinienem z pasją rozpisywać nad pochłaniającą mnie nostalgią lub sposobami znalezienia źródła hedonizmu tego świata. Idzie mi jak po grudzie i z czasem przypomina to bardziej pisanie mojej pracy licencjackiej aniżeli wpisu na bloga. Do głowy przychodzą miliony pomysłów, z czego jedna połowa jest tak kolokwialna, że mam ochotę sarkastycznie potraktować siebie samego. Tak intelektualnie wyśmiać. A druga - uwierz mi na słowo - nie nadaje się do przekazania, to tak jakby spróbować wytłumaczyć, dlaczego mam tak popaprane w głowie.
Mogę okłamywać siebie oraz innych tłumacząc, że szukam materiałów, albo nadrabiam kupkę wstydu. Chociaż akurat to drugie jest zgodne ze stanem faktycznym. Twardo zabieram ze sobą Huxley'a, na zajęcia i czytam w autobusie, to "Paragraf 22" zadręcza mnie i nie pozwala dokończyć (odnoszę wrażenie, że to będzie mój drugi "Ullyses", którego czytam już od kilku lat - mimo, że książkę już dawno oddałem do biblioteki) to w międzyczasie przeczytałem cztery inne książki i ponownie wróciłem do "Buszującego w zbożu". Właściwie to powinno być pięć książek, ale zabrałem się za "Magiczne Miasto" Drew Lermana. Opisywali tą książkę jako wspaniały debiut), a zamknąłem ją po 100 stronach żałując tych 14 złotych i 99 groszy, które wydałem. Książka jest równie fascynująca i profesjonalna co moje podstawówkowe wypociny. Chroń nas panie przed moimi "wczesnymi" zapiskami oraz kolejnymi książkami Drew Lermana.
Przestałem się też denerwować o wszystko. Przyjmuję to bardziej z uśmiechem... taką wyższością nad tym wszystkim. Nawet kiedy autobus nie mógł ruszyć z pętli przez 12 minut. Drzwi cały czas bzyczały jakby Obcy przedzierał się przez kolejne drzwi w Nostromo, a obok mnie usiadła baba gruba na półtora miejsca i miała zapach świeżo otwartej paczki Lays'ów. Uśmiechałem się chyba tak uroczo, że dziewczyna naprzeciwko zaczęła poprawiać grzywkę raz za razem. Myślę, że można powiedzieć, że odnalazłem swój spokój - nie wiem czy to zasługa mojej ulubionej pory roku. Może to uspokajający widok wielokolorowej puszczy bukowej? Może to Moja Lepsza Połówka wie jak mnie uspokoić? Ja tak naprawdę nie mam pojęcia. Nie szukam też źródła tej sytuacji - myślę, że tak naprawdę wszystko idzie w dobrym kierunku. Jeżeli życie jest jak burza, nie dryfuję już na tratwie, wiem też, że nie przybiłem do brzegu. Nie mogę, życie jest ogromną zagadką i przybicie do brzegu jest krokiem do tyłu. Ale cieszę się, że mogę sam wybierać kierunek i przebijać się przez fale i te małe i te całkiem duże. Myślę, że właśnie to mnie uspokaja - zresztą - z kimś jest zawsze łatwiej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz